|
Archiwum:
2010 Styczeń Marzec Kwiecień Maj Lipiec 2009 Styczeń Marzec Maj Czerwiec Lipiec Wrzesień Październik Listopad Grudzień 2009 Styczeń Marzec Maj Czerwiec Lipiec Wrzesień Październik Listopad Grudzień 2008 Styczeń Luty Marzec Kwiecień Maj Czerwiec Grudzień 2008 Styczeń Luty Marzec Kwiecień Maj Czerwiec Grudzień 2007 Kwiecień Maj Czerwiec Lipiec Sierpień Wrzesień Październik Listopad Grudzień

Linki:
Blogi, które urzekają: Aneta Alicja Alicja vel Szarka Paweł (Brat) amelia Lady of Shalott Amelie et ses illustrations Muzycznie Maria Awaria Czesław Śpiewa Yann Tiersen Carla Bruni klik: Pajacyk- kliknij Zielone linki: Zostań wege! wegetarianizm Muzycznie- wspomnienia z wakacji 5nizza Hey Strachy Na Lachy Red Hot Chili Peppers bob Marley Happysad
Księga gości
+ Dodaj wpis

Odwiedzin: 27634
|
brzydko powiem, żem cham nie człowiek | aster | 2010-07-18 | 22:13:45 |
pustkowie w głowie. krowie nie powiem. nie je, nie pije, umiera. kula, WIEEEEEELKA kula. kulisko. las blisko. korona, wrona - zmora. wakacyje, melodyje, nuda, buda. umieralnia, trupiarnia, horrory, czarne wory, graty taty, baty, chaty. szmaty na głowie. nikomu nie powiem. sza... sza.... sza... apsik! na zdrowie. sza... sza.... a kysz... WYNOCHA! mysza. nora. jadłam pomidora. karaluchy pod poduchy. muchy. uchy. uszy, dyszy, kusi, bo musi. hamy, ramy, my mamy maki. zdycham, bom cham i niczego konstruktywnego w stanie jestem nie wymyśleć.
skomentuj | (0)
| aster | 2010-07-18 | 21:57:23 |
- Wszystko najpierw dzieje się na poziomie twoich myśli, później myśli wędrują do serca, a kiedy przyjmiesz je i tam, przechodzisz do słów i czynów. - Dlaczego więc, jeśli myśli przechodzą tak długą drogę, popełniamy tyle błędów? - Bo choć ten proces jest skomplikowany, nie trwa wystarczająco długo.
skomentuj | (0)
noc bez świtu | aster | 2010-05-02 | 19:39:01 |
słońce powoli znikało za horyzontem, pozostawiając na niebie różowo-złotą łunę. jaskółki latały wysoko, szczęśliwe i wolne, ukryte w trawach świerszcze zaczynały grać swój wieczorny koncert. wiatr, lekko kołysał koronami drzew, wprawiał w ruch trawy, unosił w górę nasionka dmuchawców. powietrze było rześkie, przyjemnie chłodne. i nagle wszystko zamarło... i już nigdy nie było tak... tak po prostu, normalnie. dźwięk od którego to się zaczęło- dźwięk cichy i prawie niedostrzegalny, dźwięk przypominający delikatne uderzenie srebrnego nożyka o kieliszek, podczas uczty...i zdawałoby się nic, zupełnie, wszystko jak przedtem... ciarki przebiegły jej po plecach, wtedy już wiedziała, już była pewna- zaczęło się. ale co ona mogła zrobić? komu mogła powiedzieć? matce? ojcu? braciom? komu?! wieśniakom na targowisku?! przecież wykpili by ją, wyśmiali, w najlepszym zaś razie zignorowali by jej ostrzeżenie, jak ostatnim razem- ot mała dziewucha, ma szpetne poczucie humoru, zrezygnowana czekała więc tylko, na to co nieuniknione, na nadchodzącą noc bez świtu. i stało się: huk i pierwsze ofiary. rozdzierające krzyki, płacz, zamieszanie. ludzie nie wiedzieli co się dzieje, jedni zaczęli uciekać, drudzy chowali się do domów, a jeszcze inni szukali schronienia w klasztorze, w nadziei, że Najświętsza Panienka uchroni ich ode złego, nic z tego, przeznaczenie wszędzie ich dopadło. dla najeźdźców ludzkie życie nie miało żadnej wartości, zabijali więc każdego: kobietę, mężczyznę, dziecko, zakonnicę, księdza, białego, czarnego i żyda, polaka, francuza- to nie miało najmniejszego znaczenia. ONI wiedzieli czego chcą, a chcieli wiele, zbyt wiele, jak stwierdził pewnego dnia władca Kraju, przez którego to słowa, całe to wydarzenie miało miejsce. krew lała się wszędzie, wszędzie też był ból i cierpienie. nie wiadomo było co robić. wszystko zaczęło się tak niespodziewane, gwałtownie. Miasteczko z przeciętnego, nudnawego miasteczka, stało się największym w historii miejscem rzezi. ona tylko patrzyła beznamiętnym wzrokiem, na migające przed jej oczami sceny: młoda dziewczyna z wielkimi, czarnymi oczami, z zawiniątkiem na ręku, ukryta wśród sterty rybich głów, praczka pośpiesznie podwijająca suknię, która wyciąga z pod niej sztylet, (kilka minut później, ten sam sztylet, cały był już czerwony i celnie wbity w gardło staruszki), nieopodal mały Michałek-śliczne dziecko o twarzy aniołka i złotych, kręconych włoskach, rączki miał całe umazane, jakąś żrącą, fioletową mazią, darł się mały Michałek i płakał w niebo głosy, substancja wyżarła już skórę dziecka, tak że gdzieniegdzie widać już było mięśnie, a nawet kości, jakiś mężczyzna próbował go dogonić, ale nie zdążył, potknął się- reszty dzieła dokończył stalowy miecz nieprzyjaciela. taki scen i ich podobnych było w całym miasteczku od groma. a ona po prostu stała i patrzyła, czekała na swoją kolej. czy się bała? czy coś czuła? tak, zniecierpliwienie- chciała już umrzeć. i nagle poczuła silne uderzenie w tył głowy, krzyknęła mimowolnie, zachwiała się lekko i upadła na twarz, syknęła z bólu i poczuła jak coś powoli spływa jej po twarzy, jak robi się tego coraz więcej i więcej. obraz stawał się przez to coraz bardziej niewyraźny, zamazany, aż w końcu zniknął całkowicie, tak jak dźwięki i czucie. niebo czarne, zapach siarki, przejmujący chłód. zacisnęła pięści, tak mocno, że widać było białe kłykcie, zagryzła wargi, otworzyła oczy i...podniosła głowę. "wszystko jak przedtem, wszystko jak przedtem..."- powtarzała sobie w głowie, jak mantrę, chociaż dobrze wiedziała, że "jak przedtem" nie będzie już nigdy, bo matka, ojciec, bracia, sąsiedzi i nawet ci obcy ludzie na targowisku, wszyscy są zimni i martwi. wiedziała, czuła to, że została ona jedna, że przetrawała ona jedna i wiedziała już wcześniej, że nie ocaleje nikt. ale wraz z tamtą śmiecią, przeszła jej ochota na śmierć jej własną. wstała powoli z ziemii i otrzepała sukienkę z kurzu, zupełnie tak, jakby tylko upadła, a nie leżała nieprzytomna przez kilka godzin. wprostowała się i z tak często widoczną na jej twarzy obojętnością ruszła przed siebie. nie rozglądała się, nie patrzyła pod nogi, szła naprzód, dobrze wiedząc, że jeśli zostanie tu choć chwilę dłużej, może zostać tam na zawsze.
skomentuj | (1)
nie | aster | 2010-04-24 | 23:55:13 |
tego wieczora wszystko się zaczęło i wszystko się skończyło. niby niczego już nie było, ale przed tym niebytem, było najpiękniejsze wszystko, jakie można było sobie wyobrazić. i nieważne, że tak wielu zostało straconych i nie ważne, że tak niewielu zostało, przecież nieważne zupełnie, bo jeśli się nie śniło, nie kochało i nie czuło nic, prócz powinności służby, to cóż z tego? i niby nic, ale tylko niby, tylko pozornie nic, bo jednak małej Coralie, było smutno. smutek przygniatał jej serce, tak jak kamień może przygnieść stokrotkę. i szczere, dziecięce łzy płynęły teraz po jej twarzyczce. dookoła było ciemno, Coralie bała się ciemności, ale nie płakała ze strachu, tylko z żalu. dookoła nie było nikogo, kto mógłby ją przytulić, pocałować w czoło, otrzeć łzy, aż w końcu posadzić sobie na kolanach i utulić do snu, małą, roztrzęsioną istotkę. nie było nikogo, kto mógłby jej wytłumaczyć, co się właściwie wydarzyło tego wieczora. stała więc teraz pośród gruzów domów i mieszkań, pośród szczątków ludzkich ciał, a wszędzie dookoła, panowała cisza, przerywana tylko od czasu do czasu, łoskotem spadającego tynku. dziewczynka stała i nie była w stanie się ruszyć, tego wieczora wydarzyło się zbyt wiele i zbyt szybko. wybawienie przyszło wraz ze snem, płytkim, niespokojnym, pełnym koszmarnych widoków krwi i odgłosami krzyków. jakiś dziki pies, przeszedł obok dziewczynki, zaczął węszyć wśród gruzów i nagle bezceremonialnie szczekać. dziewczynka obudziła się gwałtownie i z przerażeniem patrzyła na psa. później opamiętała się trochę i podeszła bliżej do niego. to co ukazało się jej oczom, spowodowało, że znów zastygła w bezruchu, nie mogąc ruszyć się z miejsca. spod zapadniętej ściany, jakiegoś budynku, wystawała czyjaś ręka, ręka z czerwoną bransoletką na przegubie. ta sama ręka, która jeszcze wczoraj, pokazywała jej za oknem, rosnące tumany kurzu. -maman? maman, c'est moi- wyszeptała dziewczynka, trzęsącym się głosem- tu m'entends? c'est moi, Coralie. Maman? J'ai peur...- dziewczynka chwyciła rękę i zaczęła nią potrząsać.-Maman, je suis desolee, c'est ma faute, je sais, pardon. Leve-toi! s'il te plait...
www.translate.gooogle.pl
skomentuj | (0)
akwamarynowe niebo | aster | 2010-04-17 | 01:17:56 |
Tamten dzień był jednym z pierwszych słonecznych dni w tym roku. Niebo, miało wtedy w sobie coś boskiego, coś co sprawiało, że kiedy patrzyło się na nie, zapierało dech w piersiach, a w serca wstąpiała nowa nadzieja. Siedzieliśmy w ogrodzie, przy domu mojej ciotki (tam gdzie zwykle siedzieliśmy, kiedy nie chciało nam się iść na zajęcia): ty, ja i Marta. Marta, miała jeszcze ten długi warkocz, pamiętasz? Wtedy jeszcze żyła jej matka i to ona go jej zaplatała. Co? Jak to, nie pamiętasz jej matki? Taka niska, dość pulchna... ubierała się zawsze w jasne suknie, z niemodnymi już w tamtym czasie, falbanami i chodziła na spacery z małym pieskiem - Dżundżo chyba. Nieprzyjemna baba. Lubiła wrzeszczeć i prawić uwagi dzieciom z ulicy, że zamiast się francuskiego uczyć... och, po co ja ci to właściwie mówię? To przecież nie ważne... ważne jest tylko to co się wydarzyło tamtego dnia. Otóż: Siedzieliśmy w trójkę, w ogrodzie: ty na wiklinowym fotelu, przy stoliku, Marta na chuśtawce, tej przywiązanej do jednej z gałęzi czereśni. Ja siedziałam na trawie, oparta o twoje nogi. Piliśmy różaną herbatę, pod najpiękniejszym niebiem świata. Rozmawialiśmy o jakiś bzdurach, nie pamiętam dokładnie o czym... i ty znienacka wtedy zapytałeś Marty czy wyrzekłaby się waszej przyjaźni, gdyby się okazało, że zabiłeś jej (tu pamiętam jak się zawahałeś) że zabiłeś jej psa, zaśmiałeś się potem jakoś tak dziwnie i nerwowo. Nie pamiętam co Marta ci odpowiedziała, pamiętam natomiast twoją reakcję na jej odpowiedź - dopiłeś szybko herbatę, chrząknąłeś i zacząłeś się głupio tłumaczyć, że musisz już iść, że późnia godzina, że mama będzie się zastanawiała czemu tak późno wracasz z zajęć i że znowu pomyśli, że w ogóle na nich nie byłeś. Godzina jednak była jeszcze wczesna... Pomimo naszych, to znaczy moich i Marty, nalegań, nie chciałeś zostać. Uciekłeś. Nigdy już nie wróciłeś. My jednak czekałyśmy, czekałyśmy, nawet jeszcze wtedy, kiedy się już dowiedziałyśmy, o rzekomym samobójstwie Adama. Kochałyśmy cię, Filip. Kochałyśmy i byłyśmy w tej miłości bardzo cierpliwe i wyrozumiałe. Marta całe dnie płakała, chodziła cały czas w jednej i tej samej, czarnej, lnianej sukience. Mówiła, że nosi żałobę po dwóch, ukochanych osobach. Nie, idioto, nie chodziło tu o jej matkę, jej matka jeszcze wtedy żyła! Zastanawiasz się pewnie po co ja ci to mówię? Widzisz, Marta jest w szpitalu i... nie, to nic poważnego, złamała nogę, bo spadła z drabiny, zrywając czereśnie... zaraz, czekaj! Dokąd idziesz? Czekaj, Filip, gdzie idziesz?! - Do Marty. - Po co? - Prosić o wybaczenie - Filip zatrzymał się i popatrzył jej prosto w oczy - Saro, ja nie chciałem wtedy nikogo skrzywdzić, nie chciałem tego robić, to on mnie do tego sprowokował. Widzisz, on wygadywał o tobie takie okropieństwa.- jego głos się w tym momencie załamał, a twarz jego pobladła. - Na początku nie chciałem uwierzyć, ale w miarę jak mówił dalej, i dalej... Opowiadał wszystko ze szczegółami, niczego nie przemilczał. Szydził ze mnie, z mojej naiwności, mówił, że co to za przyjaźń, skoro mamy przed sobą tajemnice? Co to za przyjaźń, jeśli pierwsza lepsza osoba, wie o tobie więcej niż Marta czy ja. - tu chłopak podniósł głos.- Ja wtedy nie wytrzymałem! Najpierw te oszczerstwa wobec ciebie, a teraz jeszcze, ten dureń mówił, że naszej znajomości nie można nazwać przyjaźnią. Saro, zrozum, nasza przyjaźń była dla mnie święta! Zabiłem drania. Chciałem tylko uderzyć, uderzyłem za mocno... Rękę zacisnąłem w pięść, a jak pewnie pamiętasz, wtedy do chuderlaków nie należałem, a on? Metr pięćdziesiąt w kapeluszu, do tego te kruche kości. - pot wstąpił na jego czoło, Sara spuściła wzrok. - Ja niechcący, Saro, ja niechcący. - i rzucił się jej z płaczem do stóp - Saro, on mi powiedział, o tym, że on, że Krystian i ty... że wy, kiedy były urodziny twojej cioci, cioci Róży, że wy... razem, na trzeźwo... na tym strychu, pomiędzy gramofonem, a skórzanym fotelem... ! Saro, ja wiedziałem dokładnie w którym miejscu! Jak on mógł? -chłopak padł na kolana i wzniósł ręce do góry, jakby o coś błagając.- No jak?! - Filip, kochanie wstań.- wyjąkała w odpowiedzi i patrzyła na niego przerażona. Chłopak wstał, zrobił kilka kroków i opadł zaraz na fotel. Ona usiadła na przeciw niego.- Filip, on kłamał, my tam nie byliśmy i nic takiego się nie wydarzyło. Niczego złego nie zrobiłeś, bo to nie wydarzyło się z twojej winy. Morderstwo nie było przecież twoim zamiarem. - dziewczyna mówiła powoli, z namysłem. Starannie dobierała słowa, wiedząc, że Filip potrzebuje teraz jej rozgrzeszenia. - Filip, już nie musisz się niczym dręczyć. - A Marta?- zapytał. - Marta już dawno ci wybaczyła... w sercu. Filip znowu wstał, ale tym razem nie tak gwałtownie. - Saro, muszę iść, pójdę... pójdę do domu, przemyślę to wszystko. -Czy ty pójdziesz jutro ze mną do Marty?- zapytał z nadzieją. - Pójdę - odrzekła. - I wszystko będzie jak dawniej? - Tak i wszystko będzie jak dawniej.- uśmiechnęła się Sara.
skomentuj | (0)
pole makowe | aster | 2010-03-24 | 20:17:50 |
dni mijały, jeden po drugim, dłużąc się niemiłosiernie. jeden dzień podobny do drugiego: bułka pszenna z serem, autobus i nadzieja na wolne miejsce stojące, plecak- trzy kilo martwych książek, przewiezionych z miejsca względnie szczęśliwego, do miejsca wiecznej męki. tępe patrzenie w okno, ukryta kreatywność- długopisem na marginesie, czasem stawało się jednak interesant francais, albo zbyt wzniośle i bogoojczyźnianie, wtedy martyrologia kraju P. stawała się bardziej uciążliwa, niż wtedy, kiedy była ona aktualna. w miejscu względnie szczęśliwym, o godzinie 16.00, stawało się o 3 kilo martwych książek zbyt wiele, o jedną głowę zbyt wiele, o jeden problem zbyt wiele- problem egzystencjalny, o podłożu uczuciowym. problem z bezsennością zaczął się 24. stycznia, o godzinie 00:11 i kiedy połączono go z innymi problemami, stał się nie do zniesienia. nie do zniesienia były rutynowe badania, przeprowadzane każdego dnia: "ile wytrzyma? kiedy się podda?"- niebawem, niebawem, ale nie dziś, nie jutro, jeszcze trochę, troszeczkę, wszystko zmierza w stronę słońca, prawda? więc wystarczy poczekać, aż dobiegnie się do mety, wtedy dopiero można się poddać. meta niedaleko: słońce zaświeciło w twarz, przez szybę przebiły się jego promienie i promienna myśl pojawiła się z nienacka: "Tam jest jeszcze cieplej!"- była to myśl odważna, jak na osobę przyzwyczajoną do myślenia schematycznego, "zgodnego z kluczem". Odważny gest nienawiści: trzy miesiące przed absolutnym słońcem- koniec. Odważny gest o podłożu uczuciowym: "Je t'aime". Odważny gest, choć szkodliwy: miłość do ojczyzny...
stwierdziłam, że muszę Wam trochę pomóc w czytaniu (czy ktoś to w ogóle czyta?!), otóż: szkoła, wakacje, i takie tam... ;)
skomentuj | (1)
chodnik | aster | 2010-03-04 | 21:56:51 |
myślał że świat, choć przerażający i wielki, jest jednak piękny i warty głębszego poznania, a ludzie, żyjący na tym świecie, choć zabiegani i zajęci swoimi sprawami, z pozoru zimni, źli i wyrachowani, są w głębi duszy dobrzy i wrażliwi. możemy przerwać opowiadanie i się zastanowić przez chwilę czy chcemy się dowiedzieć więcej o człowieku, który myśli, wierzy i ufa swoim poglądom, które bynajmniej nie są poparte jego doświadczeniami, ale obserwacjami dokonywanymi stale o godzinie dziesiątej rano, podczas spaceru z psem rasy kundel w łaty, w parku Żabim. jeśli jednak stwierdzimy mimo wszystko, że chcemy wiedzieć więcej, to przeczytamy kolejno że człowiek ten nie miał pracy ani pieniędzy, żył z zasiłku i z jałmużny, którą ofiarowywywali mu "ludzie dobrej woli"- czyli zagraniczni turyści, którzy nie odróżniali "dziesiątki" od "pięćdziesiątki", lubili grać na automatach i kupować cygara o smaku brzoskwiniowym. człowiek nie czytał gazet i nie oglądał telewizji, nie był też oczytanym erudytą-filozofem, tylko byłym spawaczem, którego zwolniono, po pierwszej redukcji etatów. człowiek nie widział też na jedno oko, bo po redukcji etatów, urżnął się jak świnia w pobliskim barze i tam wdał się w bójkę ze znanym w okolicy, wielokrotnie karanym przez prawo, za kradzieże i napady, Bolem. Bolo- mężczyzna silny jak wół i wielki jak dąb, jednym wprawnym ruchem znokautował spawacza, a drugim oślepił jego lewe oko. po tym incydencie krótko pracował jako pucybut, a potem na plantacji truskawek, nawet stamtąd jednak go zwolniono, kiedy zauważono, że zamiast zbierać owoce, karmi nimi Matyldę, żonę właściciela plantacji. od tamtej pory, postanowił nigdzie już nie pracować i niczego w życiu nie szukać. człowiek więc żył z dnia na dzień, o niczym specjalnym nie myśląc i na nic specjalnego, w swym niespełna 40-letnim życiu, już nie czekając. jak to mawiał "co ma przyjść to samo przyjdzie, a co przyjść nie ma, to znaczy, że nigdy przyjśc nie miało"- prosta ta zasada, nie kazała mu robić absolutnie niczego, tylko zdać się na dziwne zbiegi okoliczności i szczęśliwe trafy. siedział więc teraz niespełna 40-letni eks-spawacz, na ławce, ze swym wiernym psem rasy kundel w łaty i wystawiał twarz do słońca. i zdarzyło się, że jakaś mała, ciemnowłosa dziewczynka usiadła obok niego i w podobny sposób wystawiła twarz do słońca. człowiek obserwował ją kątem oka i nie uszedł, niestety, jego uwadze fakt, że dziewczynka miała niepokojąco podobny zapach do perfum Matyldy i nie uszedł jego uwadze, podczas tych obserwacji, także fakt, że dziewczynka miała niepokojąco podobny wyraz twarzy do jego wyrazu twarzy, a i nawet jej rysy miały coś z jego rysów, ale także i z rysów jego dawnej kochanki. dziewczynka jednak po kilku minutach zniknęła z ławki i ruszła w stronę, ulicy Szewskiej. innym razem zdarzyło się, że siedząc pod kościołem i udając kulawego ślepca, dojrzał spod półprzymkniętych powiek, jak piękna, wypielęgnowana, czarna dłoń, wrzuca 20 groszy do opakowania po jogurcie Jogobella. dłoń ta prześladowała go od tamtej pory i śniła mu się każdej nocy, to głaszcząca go czule po plecach, to zaś nalewająca mu gorącej zupy, do miski z białej porcelany. z kolei jeszcze innym razem... albo po co o tym w ogóle czytać? przeczytajmy może coś lepszego, bardziej ambitnego, niż jakieś bezsensowne wycinki z ubogiego życia bezdomnego eks-spawacza, bez perspektyw. może przeczytajmy o tym, jak odłupując kawałek pomarańczowej cegły, eks-spawacz vel. bezdomny, zaczyna nią bazgrać coś na chodniku, a potem, staje się to jego hobby. po kilku miesiącach, człowiek zaczął rysować coraz lepiej i lepiej, zdarzyło się raz, że przechodził zabazgranym chodnikiem znany krytyk sztuki i zainteresował się kreślonymi przez naszego człowieka liniami, które układały się w przecudny pejzaż. krytyk zabrał bezdomnego do swego domu i uczynił człowiekiem "domnym". nowy, "domny" człowiek, po swoim pierwszym wiernisażu, zyskał jeszcze większe zainteresowanie. po pewnym czasie, nasz człowiek "domny", zaczął rysować w ołówku, ale też zdarzało mu się, że rysował węglem, albo pastelami, tworzył coraz piękniejsze i znamienitsze dzieła, stawał się coraz bardziej rozpoznawalny, kupił sobie charta, a psa rasy kundel w łaty, "oddał w dobre ręce". nasz artysta zaczął nosić turkusową przepaskę na oku i stąd zaczął być nazywany "Ceglanym Piratem". kiedy jednak czasami siadał na ławce w parku Żabim, i wystawiał twarz do słońca myślał, że świat choć z pozoru piękny i warty głębszego poznania, jest jednak wielki i przerażający, a ludzie, choć z pozoru dobrzy i wrażliwi, są w głębi duszy zimni, źli i wyrachowani.
skomentuj | (2)
skowronek | aster | 2010-01-27 | 19:35:52 |
Strach ma wielkie, brązowe oczy i szeroko rozwarte usta, na Jego bladej jak świeży śnieg twarzy, powstają pąsowe wypieki, kiedy się z nią kocha. Strach co noc przychodzi do niej i zostaje do rana, a ona jest Jego dobrowolną ofiarą, nie walczy, nie ucieka, nie chowa się pod biurkiem, nie obgryza paznokci, po prostu, co noc czeka siedząc na wpół senna, na wpół naga, przy oknie bez zakurzonych, ciemnoróżowych zasłon. Strach przychodzi znienacka i od razu przejmuje nad nią kontrolę, powoduje, że serce zaczyna szybciej bić, oddech staje się nierówny i płytki, a po ciele spływają zimne stróżki potu. myśli krążą dookoła dzisiejszych zdarzeń. Strach szepcze jej namiętnie: "bez sensu, wszystko bez sensu", Strach oplata jej szyję swymi szponiastymi łapami, żeby potem te szpony wbijać powoli w jej skórę, która z czasem, pod wpływem nacisku, wypuszcza czerwony, gorący płyn, "moja, tylko moja", Strach oplata jej uda, swym czarnym, długaśnym ogonem i syczy: "różanousta, słodka jak miód, głupia, naiwna, mała i bosa", Strach wtyka jej swój jęzor do ucha, a ona myśli, tylko myśli, zawzięcie myśli: "umieram, a bóg nie istnieje, umieram, a nikt mnie nie ratuje, umieram, a nikogo to nie obchodzi", Strach przewraca oczami, obejmuje ją, ściska, kąsa i owija wokół palca. rani. cała już taka bezwładna, z głową pełną myśli złych leży bezbronna na brudnym, wypłowiałym dywanie i płacze gorzko i jęczy cicho. uderzył ją raz w twarz i wykwitł na jej policzku fioletowo-siny kwiat tego złego, conocnego rytuału. uderzył jej głową o piec kaflowy, na szczęście zimny, bo była wiosna, głowę miała całą, tylko głośniej w niej huczało niż zazwyczaj. chciał Strach zrobić coś jeszcze, ale nastał świt i się chyba przestraszył, biedaczek, bo umknął cichcem przez okno. drzwi się otworzyły, kochające spojrzenie znalazło na ziemi, na wpół martwą, trzęsącą się z zimna istotę. czułe dłonie położyły zimne, poranione ciało na łóżku, nakryły je zielonym kocem i puchową kołdrą bez poszewki, te same dłonie ułożyły głowę z niespokojnym wyrazem twarzy, na poduszce i opatrzyły głowę ze spokojnym wyrazem twarzy. dłonie otworzyły okno, wprowadzając tym samym do pokoju promienie światła, świeże, wiosenne powietrze i śpiew ptaków. -od dziś nie musisz się bać, zaopiekuję się Tobą.-powiedział słodki uśmiech na rumianej, okrągłej twarzy, a ona choć wydawało się, że śpi, słyszała ten uśmiech i dziękowała Bogu, ktory ożył w jej sercu na nowo, że teraz będzie miała dość sił, żeby walczyć.
skomentuj | (3)
| aster | 2010-01-20 | 17:19:04 |
-dlaczego Laura?-wypalił Jack. -to oczywiste, była twoją żoną.-twarz jego rozmówcy nie zdradzała żadnych emocji, postanowił więc ciągnąć dalej.-ty z kolei, jesteś moim, ekm, przepraszam, naszym celem. mówiąc dogłębniej jesteś ostatnim elementem skąplikowanej układanki, którą próbujemy od kilku lat, z twoim drogim przyjacielem, rozszyfrować. szukaliśmy już różnych sposobów i znajdowaliśmy różnych ludzi, którzy zamiast nam pomagać, tylko ją bardziej komplikowali... Bóg jeden raczy wiedzieć, jak długo jeszcze musielibyśmy szukać, gdyby nie twoja, żona. głupia i naiwna pięknotka, która liczyła na tani zysk.-tu uśmiechnął się szyderczo.-biedna, mała Laura, przyszła tutaj pewnego pięknego dnia i bezczelnie cię zdradziła, nie, nie w taki sposób w jaki myślisz, Jack, ten sposób byłby jeszcze dopuszczalny, jakoś byś to przebolał, tak sądzę... ale dobrze, pewnie się niecierpliwisz, więc szybko dokończę, to co chciałem powiedzieć, otóż: twoja ukochana powiedziała mi gdzie ukryłeś szkatułkę z pewnymi znaczkami -twarz Jack'a gwałtownie pobladła, co nie uszło uwadze mężczyzny.-a wiesz co to oznacza? że miasto z twojej powieści istnieje, a jeśli ono istnieje, istnieją tam też ludzie dobrzy, przyjaźni i sprawiedliwi, czyli słabeusze i naiwniacy, i co najważniejsze, ludzie absolutnie nieświadomi tego, że istnieje zło...-pisarzowi zakręciło się w głowie.- przejdźmy teraz do meritum: gdzie jest klucz, pisarczyku? -nie istnieje.-szepnął Jack i poczuł jak lodowate dłonie jego przyjaciela, czy raczej byłego przyjaciela, zaciskają się mu na szyi.-nie istnieje.-powtórzył jednak, a ręce wokół jego szyi zacisnęły się na niej jeszcze bardziej. -gdzie on jest?-głos zabrzmiał tuż przy jego uchu. -nie istnieje, nie istnieje, nie istnieje...-powtarzał jak zaklęty, oczy miał zamknięte, ręce splecione jak do modlitwy. -posłuchaj, przemierzyłem pół świata szukając odpowiedzi na to, czy świat, który sobie wymyśliłeś istnieje, byłem oczarowany twoją książką od pierwszej, do ostatniej strony, nie umiałem przestać o niej myśleć, śniła mi się po nocach. świat w niej przedstawiony był tak plastyczny i tak realny, że wydawało mi się niemożliwością, żeby to była od początku do końca tylko fikcja. podczas swych poszukiwań natknąłem się w internecie na adres twojego serdecznego przyjaciela, Mack'a, pojechałem tam więc i spędziłem na rozmowach z nim sporo czasu, dowiadując się jednocześnie, że masz psa i rybki, że nie oglądasz telewizji i nie czytasz gazet, ale jeśli pytałem o twoją rodzinę czy bezpośrednio o to gdzie mieszkasz, stawał się milczący i nijak nie umiałem go zachęcić do otworzenia się. dopiero stary sposób szantażu zadziałał... tak dotarłem do Laury, z nią poszło łatwo, pokazałem gotówkę i to od razu rozsznurowało jej usta... pewnie zastanawiasz się po co ja ci to mówię? chcę, żebyś był w pełni świadomy tego, jak bardzo jestem zdeterminowany i że nie masz ze mną żadnych szans. więc gdzie jest klucz, do bram miasta? -nie istnieje, widzisz, wszystko jest wytworem twojej wyobraźni. ja rozumiem, nie wyszło. Wy zrozumcie, że nie potrafię po miesiącu dotrzeć do tego, o co chodzi w tym opowiadaniu... czyli przepraszam- niewypał. już nawet nie bedę niczego obiecywała. ale pisać piszę. to jest dobre.
skomentuj | (0)
walka dobra ze złem rozpoczęła się dawno temu i trwa do dziś... | aster | 2009-12-20 | 15:01:10 |
plan był, w ich mniemaniu, bardzo dobry, żeby nie powiedzieć doskonały. krople deszczu spływały po nich, z ust leciała para. szli obok siebie, przez to umarłe miasteczko, milczący i bladzi. jeden, chudy i nieco szpakowaty mężczyzna, około trzydziestki, w czarnym, flauszowym płaszczu i eleganckim, męskim kapeluszu, tego samego koloru, drugi mężczyzna był od niego o głowę niższy, dobrze zbudowany, miał na sobie wypłowiałą, skurzaną kurtkę i sprane dżinsy. w ich twarzach było widać skupienie i determinację. nagle ujrzeli przed sobą ogromny, kilkupiętrowy, budynek fabryki, jej właściciel, pięć lat temu splajtował, więc to co dało się z niej wynieś, już dawno wyniesiono, teraz fabryka świeciła pustkami. szyby były powybijane, ściany czarne i brudne, gdzie niegdzie walały się szklane butelki i opakowania po papierosach.
-widać menelstwo nie próżnuje- mruknął szpakowaty i dotknął zimnej klamki bramy, już miał ją nacisnąć, gdy za sobą usłyszał znajomy, kobiecy głos: -Jack, jesteś pewien?- obrócił się i zobaczył ją, uśmiechała się do niego lekko, oddech miała przyspieszony, mokre strąki długich, jasnych włosów opadały jej na czerwoną z wysiłku, twarz. -po co tu przyszłaś?- zapytał twardo, wzrok miał utkwiony w ziemię. -ja...-kobieta nie zdąrzyła nic więcej powiedzieć, bo kula przebiła jej pierś. -co ty... co ty zrobiłeś..?- wyjąkał Jack i padł na kolana.-zabiłeś ją, skurwysynie! jak mogłeś?! to była moja żona...-zaczął szlochać- ona... ona była w ciąży-wychrypiał, prawie niedosłyszalnie. - wstawaj, głupcze, sprawa nie jest taka prosta jak ci się wydaje.- widząc, że mężczyzna go nie słucha, warknął na niego jeszcze raz i chwycił go za płaszcz, podniósł do góry tak, żeby ich oczy się spotkały. ignorując jego przerażenie, wysyczał mu prosto do ucha: "ktoś mądry powiedział kiedyś, że nic nie jest, takie, jakim się wydaje. ja też nie jestem tym, za kogo mnie do tej pory uważałeś, tak jak i Laura nie była tym, za kogo ją miałeś. była tylko marionetką, w ich rękach i gdybym jej nie zabił, ona najprawdopodobniej zabiłaby ciebie"-przez chwilę jeszcze przyglądał się twarzy towarzysza, a potem postawił go na ziemię.
-tak, teraz jesteś dla mnie tylko zwykłym skurwysynem.-szepnął Jack.-nienawidzę cię. -idziesz?-zapytał tamten, nie zwracając uwagi na słowa towarzysza. -co robimy z ciałem?-mężyczyzna wyraźnie oprzytomniał.
-tu gdzieś powinno być... o! otwórz ten właz. dobrze, a teraz... idziemy. w środku panował przenikliwy chłód, wiatr huczał niemiłosiernie, obijając się głucho wśród ścian fabryki. mężczyźni przeszli kilka kroków i dostrzegli go, stał, obrócony do nich plecami i zawzięcie malował coś na ścianie. -Lauro, to ty?-zapytał.
-Laura nie żyje.-odrzekli mu jednocześnie.
-szkoda, mówiłem jej, żeby zrobiła to kiedy będzie spał..., ale ona powiedziała, że źle by się z tym czuła.-zaśmiał się.-idiotka...z resztą, nieważne.-pstryknął palcami i nagle rozbłysło wszędzie światło, z nicości wyjawił się metalowy stół i trzy krzesła-proszę, rozgoście się. kawy? herbaty? lubicie ciasto orzechowe? jasne, kto go nie lubi? proszę, proszę, usiądźcie. wybaczcie, że się wcześniej nie przygotowałem, ale ta wizyta była niezapowiedziana, o ile dobrze pamiętam, a ja, jak wiadomo, pamiętam wszystko bardzo dobrze. na przykład pamiętam nasze ostatnie spotkanie. 1992 rok, Polska, też takie małe miasteczko, nikomu nieznane... co was do mnie sprowadza, panowie?-zapytał, udając, że nie widzi przerażenia na ich twarzach. -och, przepraszam-tu gospodarz spojrzał na swoje ręce, ubrudzone czerwoną farbą- przerwaliście mi pracę. chwileczkę...-w mało elegancki sposób wytarł brudne ręce w czarne spodnie garnituru i nie wiedzieć czemu ani na spodniach, ani na rękach nie było widać śladu farby. - no, możemy zacząć rozmawiać. więc?  cdn.
skomentuj | (1)
Modlitwa, na którą mnie nie stać | aster | 2009-11-12 | 19:30:17 |
z cichością mam na pieńku. słone kropelki z oczodołów lecą ciurkiem "kap, kap" na cieńką kartkę w linie. długopis w mojej lewej dłoni się trzęsie, od zbyt tęskniących małych trzęsień ziemii. nadziejne czekanie, stało się okrutnym wypoczynkiem- nogi do góry, będzie dobrze. sytuacja wygląda gorzej niż kiepsko, wygląda źle. dotykam ściany, myśląc o dłoni, która kiedyś ją zastępowała. poznawać, uszczęśliwiać, kończąc
skomentuj | (4)
baśniowanie? | aster | 2009-10-25 | 14:49:19 |
przyśniło Ci się, Marysiu... -pójdziesz ze mną? -tak. dwa kobiece spojrzenia, jeden nieśmiały uśmiech, błysk białych zębów -niebezpieczna delikatność -podobało ci się? -tak. zapach gorącej czekolady, rozgrzana żarówka pod małym, zielonym kloszem, biało-czarne klawisze pianina -zadziwiający spokój
-chcesz jeszcze? -tak. zakurzony "Kubuś Puchatek", pudełeczko kredek- brakuje niebieskiej, wazon ze zwiędłą różą, starannie złożone- 3 bluzki i dżinsy -radosna niewinność poszły razem na spacer, wyszły razem, przez okno, Ty Marysiu, miałaś białą koszulę nocną z różowymi guziczkami, a ona była w czarnych, luźnych spodniach, pod oknem czekała już na nie drewniana łódka i babcia Marlenka podała im swoją dłoń, usadowiły się wygodnie w łódce i babcia Marlenka chwyciła za wiosła. płynęły po ulicach Los Angeles, śmiałaś się Marysiu, a ona piła sok porzeczkowy, mijały domy, sklepy i samochody, nikt się nie dziwi w Los Angeles, że ulicą płynie drewniana łódka, choć była zima i powinno to być dziwne. babcia Marlenka oznajmiła, że to koniec wycieczki, wysiadły więc posłusznie z łódki i stanęły pod jednym z wieżowców, pożegnały się z babcią Marlenką i weszły do niego. przyśniło Ci się Marysiu... -pójdziesz ze mną? -tak. dźwięk jadącej windy, sygnał otwierających się drzwi windy, pierwsze piętno, drugie, dziesiąte, trzydzieste czwarte, dźwięk zatrzymanej windy pomiędzy piętrami -zacięła się winda, zacięła... -podobało ci się? -tak. siedemdziesiąte czwarte piętro, ważka o błyszczących skrzydełkach i dużych, niebieskich oczkach bez rzęs, chmury, wielka, śmiejąca się gęba, blada i dziurawa, jak ser szwajcarski -jeszcze nie jest za późno -chcesz jeszcze? -tak. skorupka od orzecha, skorupki od orzecha, włoskie, białe trzewiki, podłoga, zimna, ciepła, co za różnica? -co za różnica? ona wcale nie chciała, Marysiu,Cię skrzywdzić, ona tylko tak na niby, jak w baśniach, czytasz, Marysiu, baśnie?
skomentuj | (2)
z pamiętnika... | aster | 2009-09-24 | 19:45:04 |
smutno-dziwne dni. sennie. uczę się milczenia. empatia. bezinteresowność. altruizm. Bóg, który ni stąd ni zowąd powiedział: "kochaj".
skomentuj | (2)
tamta notka pod spodem... | aster | 2009-09-07 | 18:09:42 |
tamta notka pod spodem- mam nadzieję, że Was nie zniechęci do czytania, bo fakt- jest troszeczkę dziwna. przepraszam, że niczego nie komentuję- zawsze przez to mam wszędzie mało przyjaciół ;) ale po prostu chyba mi się nie chce i chyba nie mam siły ani czasu, obiecuję, że się poprawię, będę lepsza, od jutra :D
skomentuj | (6)
nałóg | aster | 2009-09-07 | 18:04:22 |
biel- sznur pereł, okalający jej smukłą szyję, błękit królewski- sukienka, prosta, dobrze prezentująca wszystkie walory jej kobiecej figury, karmazyn - buty, w których chwiejnie stała na przystanku i czekała na autobus, który miał ją zawieźć do domu. powieki miała ciężkie, czarny tusz- rozmazany, usta spierzchnięte, policzki rozpalone, oczy błyszczące w gorączce istnienia. brudna winda jechała wolno, w lustrze widziała własne odbicie. nie zastanawiała się. niebezpiecznie przy tym skrzypiąc, winda, zatrzymała się. dziesiąte piętro. ponure, szaro-bure, odrapane. już świta. ćma. żarówka. dym. obierała się smutno ze wspomnień, zapachów, drinków, pocałunków, uśmiechów. karmazyn- starannie porozrzucany, pod łóżkiem. błękit królewski, wygodnie skomponowany ze skórą- ekologiczną. perły złożyła w drewnianej szkatułce i ukryła pomiędzy ubraniami na półce. i już taka naga-niegoła, stanęła na skraju balkonu, po drugiej stronie barierki i puściła... trzymany w ręce niedopałek. stanęła po drugiej stronie barierki i zaczęłam ryczeć tak strasznie, tak bardzo, tak mocno, tak cicho mruczeć pod nosem i przeklinać na grawitację, na słońce, na to beznadziejne miasto. otworzyła balkon, nabrała powietrza w płuca, wypuściła powoli, szczęśliwie. umyłam zęby pastą C-e szczoteczką marki O-b. złożyła głowę na dłoniach, kolana przysunęła pod brodę i taka naga-niegoła...
skomentuj | (0)
phi! czyli coś takiego! | aster | 2009-07-07 | 17:26:47 |
znajdź sobie w końcu przyjaciela, no nie bądź już taki samotny, ja Ci w niczym nie pomogę, na mnie się nie oprzesz wygodnie, pod moimi skrzydłami nie znajdziesz schronienia. nie patrz tak na mnie, jak zbity pies, to nie moja wina, że jesteś taki samotny, taki przerażająco smutny, to nie moja działka, słyszysz? nie moja! nie mogę Cię pokochać, ba, nie mogę Cię nawet polubić, masz taką niską samoocenę, nie kwalifikujesz się nawet w pierwszej dwudziestce osób, które można ochronić, nie ucierpiwszy na tym zbyt mocno, po prostu się nie nadajesz. ha! a czy pomyślałeś o mnie, kiedykolwiek o mnie, że ja się nie nadaję?! popatrz: zakompleksiona, rozmarzona, zagubiona, wegetarianka, mańkut. czy Ty widziałeś kiedyś coś podobnego? nie? czy Ty kochałeś kiedyś kogoś takiego? znowu to wymowne spojrzenie, weź Ty się schowaj do szafy, żebym mogła zniknąć. a co z religią? no przecież czy takie religijne dziwadło... no proszę, nie mów, że Ci to nie przeszkadza, poczekaj aż będziesz miał dzieci... zobaczymy, jakie to będzie "bez znaczenia". a baśnie? a filmy? a muzyka? wspólne zainteresowania, kolego, trzeba mieć o czym gadać, ze mną nie będziesz miał o czym, sorry, jesteśmy zbyt do siebie podobni i zbyt różni. żegnaj, Problemie, żegnaj, kochańutki. ale nie martw się, z takimi oczkami, to Ty bardzo szybko, znajdziesz swoją pocieszycielkę. <miejsce na ciszę i brzęczenie muchy, pod sufitem> -no, trochę to dramatyczne było, coś tam bym gdzieniegdzie pozmieniał, przedewszystkim, będzie wyglądało tak kochliwie, a przecież nie o kochliwość tu chodzi,tylko o przyjaźń nie? brr... teraz ty mi rzucasz wymowne spojrzenie. niech zgadne, to było: "chodźmy na obiad, bo zgłodniałam"? -phi! 
skomentuj | (3)
rozmowa w młynie... | aster | 2009-06-30 | 23:44:10 |
młynarczyk uniósł wysoko brwi, na jego wesołej, umorusanej mąką twarzy, malowało się niedowierzanie: -że niby kim jesteście, pani?- w jego głosie dźwięczało rozbawienie. -śpiączniczką- odparła po raz kolejny i rzuciła mu filuteryjne spojrzenie, spod wachlarza jasnych rzęs. -kpicie sobie ze mnie, pani? jeśliście śpiączniczką, to czemu nie śpicie?-prychnął. -boście mnie ze snu skutecznie wybudzili.-mruknęła i wzdrygnęła się na samą myśl, o tym niemiłym incydencie. -nie trzeba było sobie na legowisko obierać worów ze zbożem. -kiedy tu ciepło, miło... od świtu do zmierzchu, spokój i cisza...- przybrała rozmarzony ton i uśmiechnęła się sennie. -pewno, jak się od świtu do zmierzchu śpi...-warknął, a potem wybuchnął- czy nie rozumiecie, pani, że tutaj ludzie PRACUJĄ?! ciężko, długo i beznadziejnie od tego świtu do zmierzchu tyrają jak woły! gdyby te śliczne, wymuskane dłonie, choć raz zaznały trudu pracy... -a po co?- śpiączniczka uśmiechnęła się ironicznie- czy nie lepiej jest po prostu zasnąć? spróbuj, to łatwe...-zakołysała się lekko i westchnęła cicho- zamknij oczy... o tak, tak, ładnie, spokojnie...- pogładziła delikatnie jego piegowaty policzek i patrzyła jak z jego twarzy spływa napięcie.
-ech... -ciiiiii... to chwila.-szepnęła mu wprost do ucha, aksamitnym głosem i położyła dłoń na jego piersi, a on upadł nieprzytomnie na worki ze zbożem. ułożyła się obok niego, dotknęła jego rudej czupryny, przejechała palcami wzdłuż jego czoła i nosa. wtedy coś w niej drgnęło, coś jakby pękło, rozchyliła lekko wargi i z czułością złożyła na jego ustach ciepły pocałunek, przechyliła głowę, patrząc na radośnie uśpioną twarz, złożyła głowę na jego ramieniu, łagodnie zasnęła. 
skomentuj | (2)
miłkowości... | aster | 2009-06-11 | 18:36:49 |
chwycił ją mocno za przeguby rąk i gwałtownym, acz delikatnym ruchem, przycisnął do ściany, poczuła na swojej szyi jego ciepły oddech, nagle wszystkie wcześniej wypowiedziane słowa straciły swój sens, wszystkie obawy i nieufność zniknęły, jak za odjęciem czarodziejskiej różdżki, nagle wszystkie rozbiegane myśli skupiły się na tych kilku, miłych i nieludzko przyjemnych, czułych gestach. z na w pół przymkniętych powiek, obserwowała jak jego dłonie, po cichu poznają jej ciało, jak jego nos poznaje jej zapach, jak w jego rozmarzonych oczach, błyszczy fascynacja i prawdziwa, niekłamana radość. śmiała się przy tym wesoło i odchylała lekko głowę, oddając mu dzisiaj całą siebie.
i nic więcej się już wtedy nie liczyło, nic więcej nie miało najmniejszego znaczenia, istniał tylko on, jego piegi i jej uśmiech, który zdradzał największy sekret tego świata. od tamtego ranka... na zawsze :)
skomentuj | (2)
miłość | aster | 2009-06-10 | 23:38:43 |
-nie wiem.-odparła znużonym głosem-może tak, może nie... -ale przecież... -nie ma już "ale przecież", na dziś to już koniec opowieści. prześpij się, jest już późno-demonstracyjnie przeciągnęła się, ziewając przy tym przeciągle-dobranoc-dodała szeptem i musnęła ustami czoło córki. -dobranoc, mamo.-dziewczyna odeszła od stołu i bezszelestnie zniknęła w ciemnej czeluści przedpokoju. ale matka nie wyszła z kuchni, przygarbiona, oparła głowę o ręce i pogrążyła się w rozmyślaniach. jej zmęczona, zszarzała twarz, to jaśniała i promieniała radością , to zaś nagle pochmurniała i smutniała, wtedy twarz ukrywała w dłoniach i płakała bezgłośnie. świeca powoli topiła się spływając na pokrywkę gorącym woskiem. czasem do kuchni, przez otwarte okno, wleciał jakiś chrząszcz lub motyl nocny, obijał się głucho o sufit i ściany albo zaplątywał się firankę. za oknem słychać było cykady, które ukryte w trawach, grały swój odwieczny, letni koncert, słychać było rechot żab z pobliskiego jeziora i wycie wiatru wśród drzew. ona jednak tego nie dostrzegała, melancholijnie, spod przymkniętych powiek spoglądała na niebo, wzdychała ciężko i mimowolnie wracała myślami do tamtych chwil, zmarszczyła brwi- deszcz, krew, nagonka, dezorientacja zagryzła wargę- przerażenie, upokorzenie, ból tak wielki... tak ogromny... zacisnęła pięści- upadek, pusty śmiech, cierpienie rozrywające duszę na pół... nie, nie, nie, to nie może być prawda! -NIEEEEE!!! nie! nie! nie!-piszczała i trzęsła się cała, jak w febrze. -NiE!!!-ryknęła na całe gardło, wstała od stołu i podeszła do kredensu, wzięła do ręki stos talerzy i rzuciła nim o ziemię, potem zaczęła wyszarpywać szuflady i kopać w ścianę. wrzeszczała przy tym i płakała, wszystko dookoła dosłownie fruwało w powietrzu. -mamo- dziewczyna stanęła w progu i swoimi wielkimi, poważnymi oczami patrzyła wprost na matkę, która teraz kurczowo trzymała w ręce nóż, wyraźnie chcąc wyrządzić nim sobie krzywdę- mamo, odłóż ten nóż.-kobieta zwróciła wzrok w stronę, z której dobiegał stanowczy głos, ale nie potrafiła go zidentyfikować-mamo, odłóż nóż. dobrze, mamo. podejdź do stołu i usiądź.-kobieta posłusznie zrobiła to, co córka jej kazała. dziewczyna szybko uwinęła się ze sprzątaniem i zaparzyła herbatę. -mamo, porozmawiajmy. cicho, nie przerywaj. wiem, że TAM przeżyłaś dużo... o wiele za dużo. nie patrz tak na mnie, mamusiu, proszę, nie patrz tak na mnie, mamo? mamusiu? mamo?!
skomentuj | (1)
proszę | aster | 2009-05-03 | 20:38:14 |
kiedyś może napiszę, kiedyś może coś jeszcze pokażę, kiedyś może jeszcze coś z siebie dam. dziś nie mam siły, czasu, ani natchnienia. więc po prostu napiszę na kartce, jedno CoŚ, drugie, trzeci, pięćdziesiąte, a potem wybiorę i wrzucę. ale na razie nie czuję się na siłach i sama sobie nie wierzę, że cokolwiek jeszcze potrafię. tak więc osowiała, śmieszna i przyjazna idę sobie, ale wrócę. za rok, jutro, za sześć dni. nie wiem. CZY W OGÓLE KOMUŚ ZALEŻY ŻEBYM COŚ NAPISAŁA?!
Serdecznie pozdrawiam, a jak jakieś wąty to: gloksa@gazeta.pl -czynne raz na ruski rok, ale WARTO, bo za darmo ;***
skomentuj | (2)
takie krótkie pożegnanie... na czas równie krótki | aster | 2009-03-26 | 00:24:40 |
Kochani, Jutro rano już mnie tutaj nie będzie, nie wiem jak daleko jestem od Was teraz, ale jutro pewnie będę jeszcze dalej... Dziękuję za komentarze Shadow i ALElize, nawet nie macie pojęcia, jak duże znaczenie mają Wasze wypowiedzi. Dziękuję też nieobecnym: Syriuszowi i Alicji- bo wiem, że czuwają nade mną, kiedy stawiam te drukowane literki... Shadow, dla takich jak Ty, warto pisać, więc bez obaw (nawet jeśli opowiadania miały się pojawiać co miesiąc, to będą:) ALElize, wielkie DZIĘKUJĘ za tą piosenkę, jest naprawdę cudna, w ogóle lubię tą śpiewającą panią. Obiecuję, że kolejna notka, która się na tym blogu pojawi, będzie specjalnie dla Ciebie (no i dla innych, którzy zechcą ją przeczytać, rzecz jasna;) pisanie i publikacja, nie wymagają wielkiej odwagi, no przynajmniej w naszym kraju, więc spokojnie, pisz, będziemy czytać :) Pozdrowienia dla innych Czytających i życzę szczęścia- WSZYSTKIM i sobie ^^ Wasza Aster
skomentuj | (2)
panierowane kurczaki | aster | 2009-03-08 | 21:00:59 |
pewnego dnia zamknęła oczy i nigdy ich nie otworzyła, "żeby nie przegapić życia"-jak się tłumaczyła swojej białej myszce, którą trzymała w słoiku po marynowanych opieńkach i ze strachu, że pewnego dnia zgubi grube szkła i wpadnie w panikę. podejmując decyzję o tym, nie wahała się zbytnio, ale trzymając igłę do cerowania, z nawleczoną nań brązową nicią, pewność siebie nagle gdzieś zniknęła i miast niej pojawiła się obawa, która podstępnie szeptała do ucha błękitnookiej krawcowej: "nigdy więcej łez wzruszenia, nigdy więcej papierowych słów, nigdy więcej czerwieni maków, wszędobylski mrok...", jak pod wpływem hipnozy, słuchając tego głosu, cerowała, najpierw drżącą ręką, powoli, niepewnie, później jednak już odważnie i zręcznie, zaciągając szew za szwem, miejce w miejsce wbijając igłę w delikatną skórę powiek, podobnie jak robiła to już od przeszło pięćdziesięciu lat, zszywając dziury w cudzych skarpetkach. i nagle, niespodziewanie skończyła. ciemność
cisza, 78-letnie zdziwienie.
zmęczona zasnęła. śniła, jak każdy z nas, samolubnie, lecz szczęśliwie, kochająco, chociaż samotnie, nostalgicznie wyczekując poranka, mając nadzieję, że ów nadejdzie. i choć nie śpiewała nigdy tych smutnych piosenek, o zawiedzionej miłości, to jednak we śnie, robiła to. ona, 78-letnia straucha, która nienawidziła czułości, bo "są inne tęsknoty, ot choćby panierowane kurczaki" (tłumaczyła to zawsze swojej przyjaciółce ze słoika, która łasiła się do karmiących ją palców, pomimo iż mysz na pewno nie zrozumiałaby przyjemności jaka płynęła ze zjadania swoich pobratymców), ona, starucha, która bała się, że straci pewnego dnia kontrolę i że nieusłucha ją nitka, która nie przejdzie przez ucho igielne. wiatr północny zerwał się w środku nocy i zbudził kobietę o twarzy podobnej do skorupki orzecha włoskiego. wiedziona instynktem, będąc jeszcze w półśnie, wstała z łóżka i podeszła do drzwi, poomacku znalazła mosiężną klamkę i bezzastanowienia nacisnęła ją, wyszła na korytarz. to co później się działo, to szaleńczy taniec wiatru, długich, siwych włosów, chudych dłoni, próbujących wszystko ogarnąć, schodów, zwiewnej tkaniny koszuli nocnej i raniącego stopy kamiennego bruku. stanęła na skraju lasu, nieczując zmęczenia, ni chłodu, ni lęku, nieczując właściwie niczego. dotknęła chropowatej faktury kory, kilka razy przesunęła po niej opuszkami palców,dotykała głębokich wyrzłobień i wypukłych narośli, wykrzywiła usta w uśmiechu. postawiła krok na przód i ruszyła przed siebie, wpadając co chwila na wyrastające przed nią drzewa i potykając się. nagle znowu puściła się biegiem przed siebie i w uczuciu towarzyszącym biegowi odnalazła w końcu upragnione szczęście. zaczęła się śmiać jak dziecko, wymachując rękami i krzyczeć na całe gardło, słowa świadczące o jej radości. poczuła, nareszcie poczuła się wolna, tak naprawdę wolna. biegnąc przestała już zważać na cokolwiek innego, prócz tego właśnie niesamowitego doświadczenia. skończyło się to jednak tak nagle jak się zaczęło, ale w przeciwieństwie od początku, nad którym miała upragnioną kontrolę, koniec był już kwiestią przypadku, który jakże chętnie psuje wszystko, co sobie postanowimy. niewidoma kobieta upadła. miała wrażenie, że jej przepełnione nową, nieznaną, pozytywną energią serce, zaraz wyfrunie jej z piersi- właśnie teraz chciała umrzeć, w chwili euforii. po kilku minutach oddech się spowolnił, a zdrowy rozsądek powrócił. po radości nie było śladu. krawcowa wstała, otrzepała się lekko i westchnęła cicho. ruszyła w stronę domu, przynajmniej tak jej się wydawało, tam powinno być miasto. ale zaraz może nie... może to w tę stronnę powinno się iść... trzy kroki... raz, dwa, trzy, obrany kierunek, stawał się fałszywym tropem, północ, południe, drzewo, trzecie, ósme, dwudzieste trzecie... co teraz? szwy! kobieta chwyciła się za oczy i próbowała zerwać z nich nici, ale one trzymał mocno i umykały z pod jej palców. udało jej się jednak uchwycić któregoś ze szwów, szarpnęła z całej siły i poczuła na swoim policzku, ciepłą ciecz. niezważając jednak na to, podobnie uczyniła z pozostałymi szwami. świt wielka jasność nie obudziła się nigdy więcej- może nie chciała. biała myszka uciekła ze słoika, chyba nigdy w nim nie mieszkała. lekarze orzekli, że to schizofrenia- jej wnuczka, że nigdy nie będzie krawcową. 
skomentuj | (1)
coś bliżej nieokreślonego | aster | 2009-01-26 | 17:31:01 |
kiedyś chciał jej powiedzieć, że wszystko na świecie to nie prawda i mimo wszystko (mimo tego, że zaciskała dłonie na uszach, syczała i płakała, śmiała się i gryzła go gdzie popadnie) powiedział jej. wiecie jak zareagowała? położyła się na podłodze, zupełnie spokojnie, jakby szykowała się do snu, zwinęła się w kłębek i... i już nie widziałam co było dalej, bo przeniesiono mnie. przeniesiono mnie brutalnie i jednym uderzeniem uświadomiono mi, że podsłuchiwanie, nie jest tam mile widziane. szarpnięto za i tak już skudlone, zszarzałe, od wszędobylskiego brudu, włosy i wyrzucono na próg, oto gdzie mnie przeniesiono, na próg. powiedziano: "ŻEGNAJ!", a ta jędza naraziła się mi wtedy po raz ostatni- lejąc na mnie pomyje, plując i pokazując swój szyderczy uśmiech do dziś pamiętam te czarne, spruchniałe zębiska. przez dziury w nich, mogłam zobaczyć jej powiększone, opuchnięte, od ciągłego darcia się, migdałki. kim była wyżej wymieniona wiedźma? służąca, Wielmożnego Pana- Rose Marry. kiedy tak spoglądała na mnie, jak zwykle z góry, pojawiła się nieprzemożna ochota by ją zabić. i wiecie co? zabiłam. jeszcze tego samego dnia. siekiera, nóż, szkło, złoty widelczyk do ciasta... brałam co popadnie, na oślep, byle ostre, byle skrzywdziło. cudne odgłosy jakie wydawało jej olbrzymie ciało i mimowolne, spazmatyczne ruchy. rozkosznie wiła się i jęczała, jakby jej to sprawiało prawdziwą przyjemność. a ja, powoli się nad nią pastwiłam, za te wszystkie lata udręki, za ten ból który mi sprawiała. jeden niepewny ruch ten pierwszy- słodka, bo krwawa, pobudka na jej plecach. czerwień swobodnie spływała po jędrynym jeszcze, ciele. kiedy usiłowała coś zrobić. to "coś" było na tyle żałosne, że... drugi ruch, pewny i silny- twarz cała we łzach i znowu ten kolor, tak intensywny, jak intensywne było to przeżycie. to zabawne, że z każdym nowym ruchem i każdą nowym pomysłem, tamtej dziwnej nocy, czułam, że zaczynam żyć. ja zaczynałam, a ona... ostatni- pełen okrucieństwa i żalu- tętnica. poczułam w ustach metaliczny smak krwi, istna fontanna. "teraz ja się żegnam"- pomyślałam i uśmiech wykrzywił mi usta. zostawiłam ją taką, leżącą w agonii, pół nagą, już całkiem rozbudzoną, choć za chwile znowu miała zasnąć. o czym myślałam w tamtej chwili? nie wiem. działałam intstynktownie, jak wygłodniałe zwierze wypuszczone z klatki. dyszałam ciężko i drżałam z podniecenia. nazajutrz byłam już w drodze. wiedziałam, że nie mogę pozostać w mieście ani dnia dłużej. moją głowę napadały przeróżne myśli, od popełnienia samobójstwa po porwanie jej- mojej ukochanej, w błękitnej sukience... Boże! nawet nie wiedziałam czy ona żyje. to ją widziałam wtedy uśpioną, to jej wtedy Pan powiedział tą straszliwą prawdę. to z nią Pan wziął ślub. to jemu powiła Anikę. z każdą jej decyzją cierpiałam coraz bardziej, ale znosiłam wszystko z zaciśniętymi ustami, często nie przesypiałam nocy, żeby tylko słyszeć czy jeszcze ją Pan kocha. czasami zamieniałam się obowiązkami z Martą. to były najszczęśliwsze chwile mojego życia. mogłam wtedy zamienić kilka słów z Nią, dla Niej może nie miały większego znaczenia, dla mnie, były największym, najdroższym skarbem. mogłam czesać jej złote włosy i układać je w fantazyjne koki, zakładać jej pończochy i gorsety, wieczorami myłam jej spocone ciało i wycierałam je miękkimi ręcznikami. to były cudowne, choć ulotne, chwile mojego życia. wszystko się skończyło, kiedy na scenę wkroczła Rose Marry. znienawidziła mnie od pierwszego spojrzenia i zabroniła... ta podła zołza... doszłam do rozwidlenia. ściemniało się, a ja nie miałam schronienia, nie znałam tamtejszych okolic- praktycznie nie wychodziłam nigdy poza dwór Wielmożnego Pana. robiło się coraz zimniej. nagle zerwał się północny wiatr i zaczęłam się bać, że to wszytko to kara, kara za czyn, którego się dopuściłam minionej nocy. 
skomentuj | (5)
| aster | 2009-01-22 | 12:39:39 |
ognista kula chyliła się już ku horyzontowi i spoglądała teraz obojętnym, spokojnym wzrokiem na pola i lasy, nie słyszała świergotu ptaków ani nie czuła zapachu bagien. po prostu była i to jej wystarczało, aby być potężną i bezwzględną cesarzową świata i aby władać tym, czego tak na prawdę zupełnie nie znała. skomentuj | (0)
dziwno | aster | 2008-12-25 | 18:54:14 |
tak sobie czasami myślę..., Ty też? tak sobie czasami marzę, że mogłoby się zdarzyć... Ty też? tak chciałabym bardzo, bardzo, być bardzo... Ty też? tak, śniło mi się, było... też minęło... czemu? i po co? i dokąd teraz? spokojnie, powoli, ładnie, ustaw się, uśmiech i "pstryk!" - światła gasną, jest nudno, smutno, ciemno, samotno, płaczesz, wyjesz, jęczysz, szamoczesz się, giniesz, gnijesz, wewnętrznie, od środka, zewnętrze: piękne, dobre, kochane i swojskie, wewnętrze: wyjdź, nie patrz, nie płacz... rozpacz, żaaaal, żaaal i... i wtedy tęsknisz, prawda? chcesz wyjść, ale skąd i dokąd? i z nikąd pomocy, do nikąd ucieczki. umrzesz, czy już umarłeś? piekło, niebo, sen, dreszcz, noc i koc, kot... czarno, duszno, wilgotno, zimno...
księżyc: spójrz wielka, blada twarz uśmiecha się do ciebie- odwagi, odwagi -Ci brakuje- nie wiesz co powiedzieć? kłamię? nie, nie, Kochany, ja tego nigdy nie robię, Kochany, kochany, KOCHANY zielony miś z białymi oczkami -ukochany, niekochany, przekochany, rozkochany...
kocham, szlocham, wyję, wyję, wylewał łzy, każdą nocą wspominam noc poprzednią, nie piękną, przepełnioną nieznanym lękiem, tęsknotą i myślami zakochanymi, samobójczymi, przepełnionym czystym liryzmem głupoty...
skomentuj | (2)
przerażenie zastygłe na twarzy... | aster | 2008-06-24 | 19:29:47 |
mężczyzna patrzył groźnie z pod swych krzaczastych brwi na chłopca. -mieszkam sam... z siostrzyczką. tam, za polanką, w pałacu...-wyznał w końcu chłopiec- odda mi pan teraz mojego misia? -naturalnie, proszę.-odpowiedział chłodno mężczyzna.- i pamiętaj co ci powiedziałem, ani słowa nikomu o naszej rozmowie, zrozumiałeś? -naturalnie, proszę pana.-chłopiec nadał swojemu głosu poważny ton, aby zabrzmiał on jak głos jego rozmówcy. -grzeczny chłopiec, a teraz już idź.- mężczyna obrócił się plecami do chłopca i oddalił się. -do widzenia proszę pana!-krzyknął za nim chłopiec, ściskając w dłoniach misia i nie uzyskawszy odpowiedzi również odszedł. szedł do domu zastanawiając się dlaczego ów człowiek pytał się o to gdzie mieszkają. -gdzie byłeś? martwiłam się o ciebie.- dziewczyna popatrzyła na chłopca pytająco. była blada i chuda jak chłopiec, miała niebieskie oczy, okolone długimi, jasnymi rzęsami, włosy związane czerwoną wstążką z tyłu głowy, w mysi ogonek. lecz pomimo swojego niepozornego wyglądu, wręcz emanowała pewnością siebie. -nad jeziorem... wody strasznie się podniosły... Nika... czuję, że będziemy za niedługo się stąd wynieść...- powiedział chłopiec lekko drżącym głosem. -źle ci?- rzuciła dziewczyna przez ramię, powracając do kominka, nad którym wisiał kocioł z jakąś bulgoczącą, ciemno-żółtą cieczą w środku. chłopiec rozejrzał się dookoła, ruiny pałacu wydały mu się jeszcze bardziej nieprzytulne, niż zwykle. -nie, ale... -posłuchaj-przerwała mu dziewczyna- nie możemy ciągle uciekać, musimy kiedyś im stawić czoła i walczyć, pokonać ich, rozumiesz? jesteśmy dostatecznie silni. -jak rodzice? Nika, chcesz skończyć jak oni?! nie pamiętasz co mi mówiłaś? więźniowie! poddani! Nika, wolę uciekać do końca świata, nie pozwolę, żeby ktoś mi zabrał wolność!-krzyknął buntowniczo. -czasami zastanawiam się, mój mały, czy ty aby na pewno masz siedem lat... spójrz-dziewczyna nagle wyciągnęła z kieszeni czereśnię. przynajmniej przypominało ją na pierwszy rzut oka. ta czereśnia jednak była nienaturalnie duża, fioletowa, a wewnątrz niej, kiedy się dobrze przyjrzało, można było dostrzec jakby uwięzionego człowieczka, człowieczek lśnił niczym szmaragd i śmiesznie obijał się o ścianki, czereśni, albo zabawnie tupał ze złością nóżką. -ostatnio TO zawiodło...- powiedział sceptycznie chłopiec. -tak, bo nie byliśmy gotowi aby TEGO użyć, ale teraz wszystko się uda, zobaczysz!-mówiła pośpiesznie dziewczyna, energicznie mieszając w kotle drewnianą chochlą. -nie, nie ryzykujmy, Nika, proszę cię!-jęknął chłopiec.
-zostajemy. ja jestem najstarsza, a co za tym idzie wiem więcej i lepiej, zostajemy, koniec dyskusji!-urwała i postawiła kocioł na stole. przelała ciecz do małej fiolki, poczym szybko ją zakorkowała i schowała do sakiewki.- tyle powinno wystarczyć, masz, zanieś to...-popatrzyła na brata, miał łzy w oczach.-Robin, co się dzieje?-na jej twarzy pojawiła się troska. -nie gniewaj sie..e..e, bo..o, on..n..n, ch..chciał mi zabrać..ć miiiisia...-zapłakał chłopiec. -jaki on? Robin, co się stało?!- dziewczyna zadrżała, ostatni raz jej braciszek tak płakał gdy zabrali ich rodziców. ich dom stał, jak to zwykło się mówić, "na końcu świata". urzekł ich jego styl. był mały, i bardzo stary, lecz pomimo pełno w nim było niesamowitości. jedną z nich, odkryli pół roku temu ich rodzice... na nieszczęście. była noc ich rodzice siedzieli na werandzie, przed domem i o czymś żywo dyskutowali, dzieci już spały wtedy przyszli ONI. ICH długie, czarne szaty powijały na wietrze, patrzyli dziko i złowrogo, w ICH oczach widać było ogień nienawiści, pędzili jak wichura, na swych czarnych jak noc wierzchowcach, w stronę ich domu. -szybko!-krzyczy matka do dzieci, kiedy widzi ICH na horyzoncie.-zbiżają się!- kobieta wyciąga z sakiewki, zawieszonej na szyi, fioletową czereśnię i chwyta męża za rękę.- boję się.- szepcze, a mąż ściska tę ukochaną dłoń jeszcze mocniej. raz, dwa, trzy... wszystko ciemnieje i staje się coraz mniejsze... nagle czyjeś czarne pazury wbijają się z mocą w rękę kobiety. syknęła z bólu i słyszy jak jej mąż próbuje walczyć z NIMI. nadaremnie. czuje rozpacz i upokorzenie, zdziwienie- to nie tak miało być! ONI krzyczą coś niezrozumiale, jeden z nich, szarpie kobietę za włosy, drugi kopie mężczyznę. potem już jest koniec i czekanie na wyrok. dzieci siedzą w piwnicy i czekają co będzie, wszystko słyszą, czy i ich złapią? nie, jest ICH za mało, ale wrócą, wrócą na pewno... -przepraszam.- powiedział ze skruchą chłopiec.- ja nie wiedziałem, ten pan miał takie długie palce, myślałem, że może chce zabić Arnolda, szkoda by było, dostałem go od taty. -Robin, nie ważne, teraz musimy uciekać! osiodłaj konie, ja muszę jeszcze coś zrobić. -dobrze.-przytaknął chłopiec i pobiegł do zagrody. dziewczyna wzięła do ręki czereśnię i wsadziła ją do skórzanej sakiewki, lecz po krótkim namyśle wyciągnęła ją i ruszyła do sali balowej, która w rzeczywistości była kolejnym, wielkim i chłodnym pomieszczeniem z popękaną, białą, marmurową posadzką, na której nadal były ślady po wspaniałościach, które niegdyś się tam znajdowały: rozsypany w drobny mak, kryształowy żyrandol, kilka doszczęsnie zniszczonych, posągów i w całkiem niezłym stanie, malowidła, na ścianach. dziewczyna stanęła na środku sali (który był starannie pozamiatany, na takie właśnie okazje) i nakreśliła, wyjętą z kieszeni kredą, pentagram, stanęła w środku i zaczęła recytować, nauczoną przez matkę litanię. najpierw powoli ważyła każde słowo, potem coraz szybciej słowa płynęły z jej ust, aż w końcu słychać było tylko szmery, syki i piski. spokój i HUK! nagle przed dziewczyną stanął człowieczek z fioletowej czereśni, czereśnia okazała się zwykłym, wydrylowanym owocem.
-czego sobie życzysz, pani?- zapytał z przekąsem, patrząc spode łba na dziewczynę. -chciałam sprawdzić czy nie będzie z wywołaniem ciebie problemów, demonie.-powiedziała władczym tonem.-jak widzę nie ma. a teraz sprawdź jak daleko są te "KURUKI".-demon zniknął i za chwilę znów się pojawił. -są za lasem, za jakieś pół godziny powinni tu być, jest ich czterech, wasza królewska mość.-dodał ironicznie. -do środka! -a "dziękuję"?- droczył się z nią duch, ale pod jej twardym jak stal spojrzeniem skurczył się do rozmiarów muszki owocówki.
-oczywiście, człowieku.- jęknął i zniknął w czereśni, która natychmiast przybrała swoją poprzednią postać. dziewczyna szybko wyczyściła podłogę, schowała kredę i czereśnię do sakiewki, wyszła z sali, po drodzę chwyciła plecak i pobiegła do zagrody. -Robin siadaj na konia! uciekamy!- krzyknęła.-jedź za mną!- zawróciła konia w stronę ruin i ruszyła przed siebie. Corvusi pędzili przez las, czując, że są już blisko zdobyczy, ich nozdrza były nienaturalnie rozwarte, oddech szybki, lecz głęboki, spojrzenia przepełnione były nienawistną chęcią zadania bólu- Wysłannicy Śmierci, opętani żądni krwi mordercy. zjawiali się niespodziewanie, zawsze w jednym celu, pod pozorami gwałtu, porwania, ograbienia, zabrania swych ofiar do niewoli na śmierć głodową. nie, tu nie było skrupułów, zagadek czy aluzji, o których wiedzieli tylko wtajemniczeni. nie było litość, tylko ból i cierpienie, krew, okrzyki agonii. druzgocąca rozpacz, zapach ciał innych, którzy byli tam przed nimi. nikt nie liczył ile już ofiar nieszczęsnych wpadło w ich szpony, które potem zręcznie rozrywały ich na strzępy. byli niezależni, chociaż już nie jeden władca stracił głowę, będąc oskarżonym o współpracę z nimi. teraz poganiały oni swe konie, aby dokończyć swego dzieła- zabić jedyne istoty, które mogłby ich powstrzymać. dziewczyna wiedziała kim są, wiedziała, że jeśli się nie pośpieszą- zginą jak wszystkie ich ofiary. popatrzyła na braciszka-mały i naiwny, zawsze taki spokojny i grzeczny, dlaczego akurat to musiał wygadać?! nie byli jeszcze gotowi, dziewczyna wątpiła czy kiedykolwiek by byli. nie wiedziała dokąd jadą, ani jak bliską są już "KRUKI", wiedziała, że czeka ich niechybna śmierć, chyba, że... nie, to zbyt ryzykowne, mogą stracić nie tylko życie, ale i ciało. "och! jakie to wszystko trudne!"-pomyślała zrozpaczona i postanowiła zaryzykować. -zatrzymajmy się.-powiedziała do brata i zaczęła powoli i staranniej niż zawsze kreślić pięcioramienną gwiazdę, nagle zza rogu wyłonili się Corvusi... już wiedziała, że musi zmierzyć się ze swoim przeznaczeniem i ocalić życie płacąc za to słoną cenę albo umrzeć, będąc świadomą tego jak straszna będzie ich śmierć, wybór należał do niej.
skomentuj | (5)
wnętrze motyla... | aster | 2008-06-15 | 16:31:45 |
Z chwili na chwilę tracę spokój, opanowanie i wolną wolę. Z minuty na minutę czuję jak opadam z sił i staję się słaba, bezsilna wobec siebie i świata. Nie widzę i nie czuję już nic prócz pustki. Słyszę kroki- zbliżasz się, słyszę kroki- oddalasz się. Więzienie- chociaż nie ma żelaznych krat, tortury- chociaż nie słychać płaczu i nie widać szkarłatu na podłodze. Tylko lęk towarzyszy mi kiedy idę spać, a gdy się budzę widzę misia na podłodzę i wiem, że za chwilę będzie tak jak zawsze: Jego kroki, mój szept, jego powaga, mój brak opanowania, który graniczy z obłędem i znowu jego kroki, nieme kroki, bo czasami ich nie słyszę, boję się. Boję się tak strasznie, że znowu to pojmuję, chociaż nie rozumiem: nic nie wiem, nic nie umiem, jestem za młoda, za głupia, mam za mały rozum i za duże stopy. Później słychać dźwięki bębnów i elektronicznego głosu. To muzyka- mówią głosy, muzyka- zawodzą tłumy. A potem znowu próbuję zrozumieć: to muzyka, moja muzyka, ta stworzona dla mnie. Śmierć- cóż to takiego? Sen? Nieszczęście? Płacz, krzyk, lament? Zimno czy gorąco? Nie sprawdzę, boję się. Czy strach to śmierć? Tłumaczysz mi, że poezja to mord, a książka to gilotyna i że jestem już stara, zmęczona, nadal głupia. Wszyscy znowu zaczynają tłumaczyć rzeczy oczywiste: "To pies, to kot, a to drzewo. Nie, tej roślinki nie lubisz. Woli gruszki od śliwek". Nie słyszę już nic. Nie, nie dlatego, że fizycznie jestem do tego niezdolna... Nie chcę słyszeć. Panuję nad sobą? Panowałam, dopuki ktoś mi nie zaczął tłumaczyć wierszy. Po omacku idę przez życie, mój dotyk, Twoja dłoń, mokry nos psa, zimna doniczka z pelargonią w środku... Monotonia, wolność, z której niezdarnie korzystam. Wysycham, a zarazem gniję wewnętrznie. Widzę wszystko i słyszę, że nie widzę nic. Więc to tak? Więc nic nie widzę i nie słyszę? Jestem chora, czuję się chora. Chora na wiedzę i brak zrozumienia, na fizyczny bezruch. Gubię się, w ciemności nie widać światełka. Słyszę amerykański zachwyt nad nowym nosem i żałosną muzykę z "Klanu": "(...) życie, życie jest nowelą(...)", siedzę, leżę, stoję, tańczę przed szafą, w której widzę zarys mojej sylwetki. Lawiruję pomiędzy błędami ortograficznymi po południu a przydługim dźwiękiem budzika, rano. Zmieniam pozycje- społeczne? Nie, nadal w tej hierarchii jestem na samym dole. Nic nie znacząca, bez szans by uciec, bo z kim, z Księciem z Bajki? Przyjaciółką? Misiem? Lampą? Chcę jednak uciec, uciec tak daleko, że nikt mnie nie znajdzie i nie będzie tęsknił, uciec do Ciebie, z Tobą, bez Ciebie, sama? Sama? Sama? Jak rok temu? Jak dwa, trzy i cztery? Jak zawsze? Sama chociaż ze wszystkimi, kocham i nienawidzę, śmieję się, a po nocach płaczę, bo zimno, bo brzuch, bo ściana, podłoga, kuchnia, ciastko, arbuz, miłość, Niagara. Każdy powód dobry. Brak skupienia, rozmowy i Ciebie. Nie widzę, nie słyszę, wymagam. Wymagam szczęścia i konkretnego paradoksu istnienia. Chcę- zbyt często wymawiane przeze mnie i tysiące list: "chcę, muszę, zrobię, mogę, chciałabym, za chwilę, za raz, już, teraz, za dziesięć lat, jutro" NIGDY! Po miesiącu sprzątam moje marzenia, nadzieje i plany do plastikowych worków na śmieci i wynoszę na plecach ciężar swoich planów, nadziei i marzeń. Niespełnionych, umarłych w zarodku. Śmierć naturalna? Eutanazja? Morderstwo? Zlecenie mojej duszy, podświadomości i egzystencji mojego istnienia. Kłamstwo: od jutra bedę biegać. Prawda: Jutro będę w letargu codzienności. Jak codzień: zgaga, wrzaski, kłótnie, płacz. Jelito grube i żołądek. Literki biegają przed oczami, tańczą, śpiewają, nieźle się bawią- ja nie, gonie je wzrokiem, próbuję ustawić w jednym rzędzie "Zbrodnia i kara". Moja zbrodnia: nigdy nie ponoszę kary. Moja kara: popełniam zbrodnie. Jedząc o północy ciasto z budyniem i truskawkami, mając świadomość jak na tym ucierpią moje organy wewnętrzne- nie przytyję, jem. Mam wyrzuty sumienia- biorę, nic nie daję. Tęsknie- wszystko zostało kilkaset kilometrów stąd i nie wróci, bo to nie bumerang, tylko chwile. Rozmawiać- tylko z tą jedną osobą umiałam naprawdę. Śmiać się i mówić o rzeczach nieznacznych- ze wszystkimi. Wróg, przyjaciel, nauczyciel, miłość mojego życia (po tygodniu- kumpel z klasy), wszyscy? Nie, tylko nieznaczna część świata. Czy coś chcę powiedzieć? Tak: "Nie przeklinajcie przy swoich dzieciach i w towarzystwie kobiet. Nie palcie papierosów w przedziałach dla niepalących, a wulgarne gesty i pogardliwe miny zostawcie dla swojego odbicia w lustrze, zobaczycie, jacy jesteście śliczni, jacy kochani, jacy cudowni i wspaniałomyślni". Niecierpię kpiny, kłótni i pogardy- w jego głosie i oczach, do której się nie chce przyznać, bo tego nie pamięta. Ósmy rodział mojego życia został zakończony- chociaż nic się nie zmieniło. Najczystszą prawdę napisałam powyżej. Płaczę i mam suche policzki, myśli i usta. Będę udawać dalej, że wszystko dobrze i pięknie i dolepię sobie "Kropelką" Skrzydła, żeby moi oprawcy myśleli, że się nie poddaję.
skomentuj | (7)
dedykuję | aster | 2008-05-22 | 11:48:03 |
dawno, dawno temu na małej polance, w lesie, pod wiecznie kwitnącym krzakiem róż, stała drewniana beczka. zapewne teraz, Drogi Czytelniku, zastanawiasz się dlaczego w tak baśniowym otoczeniu (dla ludzi, którzy mają mniejszą wyobraźnie, polecam wersję rozszerzoną, która mówi o tym, że las był w kolorach zieleni, wszystko dookoła kwitło albo wypuszczało nowe pędy, zwierzęta nie bały się stawać na środku ścieżki, mając świadomość, że coś je zaraz może przejechać, bo żeby można było zwierzę przejechać, najpierw trzeba mieć czym, las budził się do życia i nie potrzebował do tego ludzkiej ręki, tylko czasu), w tak pięknym miejscu na ziemii, gdzie spokój i harmonia zgodnie panowały i nikt nie robił na nich nagłych zamachów, w postaci sterty śmieci w czarnym worku, stała beczka. no cóż, odpowiedź jest prosta, bo ktoś ją tam przytaszczył. kto i po co?- tego dowiesz się za chwilę, więc radzę uzbroić się w cierpliwość i czytać dalej.... pewnego dnia, obok krzaka róż, przechodził mały włóczęga, przed chwilą ledwo udało mu się uciec, przed pomocnikiem piekarza, któremu chciał ukraść bochenek chleba. teraz głodny i nieszczęśliwy usiadł na beczce i gorzko zapłakał. nie było by w tym nic dziwnego (bo w owych czasach było bardzo dużo małych, głodnych dzieci) gdyby nie to, że z beczki, na której chłopiec usiadł, dało się usłyszec jakby piskliwym głosikiem ktoś coś usilnie próbował powiedzieć. próbował, bo głosik chyba dawno już nie miał okazji wydobywać się z istoty,która go posiadała, więc narazie było słyszeć pojedyncze chrząknięcia, kichanie, kaszel i pojedyncze sylaby, aż w końcu: -hej! no złaź i idź sobie ty mały wyjcu! słyszysz?!- jak słychać było, istotka nie była pokojowo nastawiona, ale to nie zraziło chłopca, zszedł on posłusznie z beczki, ale nie odszedł. -jeszcze tu jesteś?! wynoś się!-istotka nie dawała za wygraną- to mój las, moja samotnia! ja tu jestem i to mi wystarcza, nie potrzebuję towarzystwa! uciekaj!- chłopiec jednak nadal stał jak wmurowany i patrzał na beczkę jakby czekając na coś.-a kysz!- wrzasnęła właścicielka piskliwego głosiku, tak przeraźliwie, że chłopiec aż się wzdrygnął. -wyjdź.-powiedział w końcu. -że co, proszę?!- istotkę najwyraźniej zbiło to z tropu, bo zamilkła jakby się nad czymś zastanawiając. -musisz wyjść z beczki.-powiedziało chłopiec stanowczym głosem. -po co?- zawahała się istotka. -bo chcę cię zobaczyć. -nie! wynoś się! -proszę! -ale ja... ale ja brzydka jestem.- powiedziała przejmująco i troszeczkę udawanie załkała. -nie, napewno tylko tak mówisz, pokaż się. -kiedy ja nie chcę... -no, nie bój się... -dobrze, heh, w końcu i tak nie wychodzę stąd od przeszło pięciu lat... co mi szkodzi.- w jej głosiku brzmiała obawa. i nagle wieczko beczki poruszyło się i z glośnym, piskliwym "oj, oj" wyszła z tamtąd zabawna istotka, średniego wzrostu z... papierową torebką na głowie. cała drżała, nie udało jej się jednak ustać na nogach, bo upadła na ziemię i z cichym "ajaj" spróbowała wstać. chłopiec podszedł do niej i jej pomógł. -i co?!- krzyknęła.-cieszysz się?! -nie.-odpowiedział z prostotą. -co?! wyszłam, jestem, widzisz mnie, w czym znowu problem?- zapytała istotka z niedowierzaniem. -torebka. -co z nią?-istotka zmarszyczyła brwi i po chwili dodała-ach tak! o nie! tego nie zrobię. -dlaczego? -bo jestem brzydka. -ale przecież już wyszłaś z beczki i nie śmieję się z ciebie, spokojnie, możesz teraz... -nie! kategorycznie i nieodwołalnie, NIEE!- wrzasnęła jeszcze przeraźliwiej niż poprzednio. trochę nawet zdziwiło chłopca, że taka mała istotka może wydać z siebie taki głośny dźwięk. -proszę, nie bój się mnie.-powiedział spokojnie.-nikomu nie powiem... -nie, nie, nie!!! -pomogę ci. -tak? a jak?!- zapytała z kpiną w głosie.
-ściągnij tą torebkę z głowy, to ci pokażę.-przekonywał, udało mu się, po chwili torebka znalazła się na ziemii.i co ukazało się jego oczom? a no twarz dziewczynki: blada cera, podkrążone oczy, niegdyś ładne, dziś już wypłowiałe włosy, zadarty nosek i lekko odstające uszy, zacięte usta, wykrzywione w podkówkę. obraz nędzy i rozpaczy. -nie jest źle, uśmiechnij się ładnie. -za dużo! teraz ja! -słucham. -zamień mnie w motyla. -proszę?! -słyszałeś. zamień mnie w motyla. -nie mogę.-przyznał bezradnie chłopiec. -nie kłam, widziałam cię tu już wcześniej, wcale nie jesteś taki słaby na jakiego wyglądasz. -ale problem polega na tym, że... -nie ma problemów! chcę być motylem! -dobrze, uparciuchu, ale to będzie kosztować... -nie mam pieniędzy.-spojrzała na niego podejrzliwie. -nie, nie ciebie będzie kosztować, lecz mnie. -phi! chciałeś wiedzieć jak wyglądam, oto jestem, coś mi się należy.-prychnęła pogardliwie. -och, niech ci będzie, ale niczego nie obiecuję, bo może się nie udać. stań tam.- wskazał na beczkę. -podsadź mnie, sama tam nie wejdę. -spróbuj. -nie, nie dam rady, jestem za słaba. -no to do widzenia.- obrócił się na pięcie i zrobił kilka kroków, na znak, że nie żartuje. -nie, nie, czekaj! chyba mi się uda!- krzyknęła do chłopca i kiedy odwrócił głowę w jej stronę, ona już tam stała.-jestem gotowa.-szepnęła i zmrużyła oczy. chłopieć westchnął cicho i zaczęły się czary. w pełni skupiony na istocie, która była przed nim, wyobrażał sobie motyla-jedwabiste, lekkie, kolorowe skrzydła, czarny, pełny szlachetnego piękna tułów i... och! co się dzieje?! co to za niemoc?! skąd to? nieeee... nie teraz!- i opadł bez sił na ziemię. -ej! ej! wstawaj! wstawaj- słyszysz?! miałam być motylem, żeby więcej się nie ukrywać, żeby nie cierpieć w samotności! dlaczego mnie zostawiasz?! wstawaj!- i nagle poczuła samotność, stała się prawie namacalna, zimna i nieprzystępna, ciążyła nad nią jak łatwo przewidywalne nieszczęście.- och! dlaczego?! to nie tak miało być!-zapiszczała i już chciała wskoczyć znowy do beczki gdy poczuła się dziwnie lekka, lekka i... -o nie! co ty mi zrobiłeś?! co to ma być?! wstawaj, ja tego nie chcę, ja chcę do beczki! nie mogę być taka mała! hej! wstawaj i mi pomóż! mijały dni, a TO nadal nie chciało zniknąć, czar był zbyt silny. po pewnym czasie jednak spostrzegła, że ma się z czego cieszyć, jest jedyna w swoim rodzaju, piękna na swój sposób. była znowu szczęśliwa. mała i skrzydlata, śmiała się i cieszyła życiem. a chłopiec? zniknął i więcej się nie pojawił. nie wiadomo dlaczego...
A ciąg dalszy, Drogi Czytelniku, opowie Ci obrazek... :) Przepraszam najmocniej wszystkich tych, którzy przeczytali to wcześniej, bo błędy, które w notce znalazłam, były okropne, w związku z czym notka, nie zasługiwała na takie miłe komentarze. Teraz jest lepiej. Pozdrawiam- Wasza Aster
skomentuj | (4)
śmierć i marzenie w słoiku zaklęte... | aster | 2008-05-01 | 16:35:27 |
było już grubo po północy kiedy dziewczyna usłyszała jego kroki- powolne szuranie, któremu towarzyszyło ciężkie sapanie. siedziała jednak nadal nieruchomo, z podkulonymi nogami, na swym brudnym, dziurawym fotelu i w skupieniu patrzała na świecę, która oświetlała swym płomieniem całe obskórne pomieszczenie. twarz dziewczyny była niebrzydka, ale jakby czymś stroskana albo zagniewana. kiedy on jednak doszedł do jej fotela i oparł na nim swoje zniszczone dłonie, drgnęła niespokojnie, jakby się czegoś obawiając, a potem uniosła hardo podbródek i spojrzała mu prowokacyjnie prosto w oczy. zaraz jednak spuciła wzrok, spowrotem na świecę. -dlaczego?- jęknęła cicho, a jej głos poniósł się echem wśród ścian. -zawsze musisz od tego zaczynać?? nie możesz choć raz rozpocząć od zwykłego "cześć"?- wychrypiał on i spojrzał na siostrę z niechęcią. -dlaczego?- zapytała już odważniej, przez zaciśnięte zęby. -o co ci chodzi? -nie wiesz?!- dziewczyna nie wytrzymała.- nie wiesz?! a jak tutaj przyprowadziłeś Krystynę to też niczego nie wiedziałeś, dopuki matka nie przyniosła ci jej bielizny, która "przypadkowo" znalazła się pod naszym stołem! nie wiedziałeś, czy nie pamiętałeś?!- zauważyła, że chłopak zjeżył się na sam dźwięk jej imienia. -nie rozumiem...- powiedział, zbity z tropu. -napewno?! -ale co?! co "napewno"?! wchodzę do domu, jestem zmęczony, cały dzień pracowałem jak wariat, podczas gdy ty siedziałaś tutaj i liczyłaś dziury w ścianach!- krzyknął- pracowałem jak wół, a wiesz na co?! wiesz?! żebyś miała co do gara włożyć niewdzięcznico! żebyś ty nie musiała się przepracowywać, bo masz "słaby kręgosłup", jak powiedziała matka. a matkę szlag trafił na tym cholernym morzu, tak jak i ojca, tego samego dnia, oboje...! i co mi zostało?! co?! "dlaczego", cholerne "dlaczego"!- uniósł rękę żeby ją uderzyć, ale ona zasłoniła się rękami. -zostaw mnie, idioto!- wrzasnęła przerażona, nie takiej rozmowy się spodziewała.- odpowiedz na to jedno pytanie, a dam ci spokój, ale odpowiedz, słyszysz?! musisz...musisz odpowiedzieć!- głos jej się załamał, zsunęła się twarzą do ziemi i zaczęła szlochać. nie wiadomo już było czy z gniewu czy z żalu, a może i z obu tych rzeczy... -co "dlaczego"?! Miranda, co "dlaczego"?!- spojrzał bezradnie na siostrę i ze złością szturchnął ją nogą. jej ciało całe drżało i trzęsło się jak w febrze. -przepraszam.-szepnął, prawie niedosłyszalnie. podszedł do niej i usadowił na fotelu.-Ja po prostu pewnych rzeczy nie rozumiem, ale chcę, Miranda, ja CHCĘ zrozumieć, a więc powiedz... -dlaczego kłamiesz?-zapytała słabym głosem. -ja...?- w jego głosie było słyszeć zdenerwowanie. przestraszył się myśli, że jego siostra, jakimś cudem, mogła się dowiedzieć, że on... nie, przecież to niemożliwe. -tak, ty. -jak śmiesz! -niee... nie... czeeekchaaałeś.- załkała z wyrzutem. -na co?! -na nich... byłeś pijany. nie było cię tutaj, nie słyszałeś jak cię wołałam, jak wołałam twoje imię, jak się bałam... nie było cię przy mnie, a ja czekałam na was. wróciłeś znowu z tą Krystyną... Krystyną od koronek!- zaśmiała się pogardliwie.-Koronek... wszystko przez te koronki! niech tą Krystynę szlag trafi!-urwała nagle.-Podaj mi to!- rzekła nagle zdecydowanym tonem i wskazała palcem na zakurzony słoik, który stał na komodzie. chłopak poszedł bez słowa, przetarł słoik starą szmatą i podał go niepewnie dziewczynie. -i co teraz z nim zrobisz? otrujesz się? ją? mnie?- zadał to pytanie spokojnie, ale w jego głosie dało się dosłyszeć lęk. -nie... nie wiem.-Miranda powąchała zawartość słoika i zmarszczyła nos. -co? -ryby. gdzie TO jest?! -wywaliłem. -kłamiesz!-krzyknęła niemal oskarżycielsko. po czym się trochę opanowała.- nie zrobiłbyś tego. to jest dla nas za cenne, zbyt ważne... to pamiątka rodzinna, jedyne co mamy, nie mógłbyś. nie to, wszystko, ale nie to.- zacisnęła usta. -jedyne co mamy, to siebie i musisz się do tego przyzwyczaić. tu nie chodzi o to czy chcemy, ale o to, że musimy, musimy wytrwać i za wszelką cenę żyć. nie możesz teraz odejść. bo... bo ja chcę żebyś była, wiesz?! chcę żebyśmy byli razem. -i dlatego cuchnie to rybami?- uśmiechnęła się lekko. -tak, dlatego właśnie jest tam tran, zamiast trucizny. -dobrze...- spojrzała przed siebie, jakby się nad czymś zastanawiając.- ale w takim razie, co z nią zrobiłeś?-popatrzyła na niego podejrzliwie. -nie ważne, po prostu nie ma jej. nie ma jej tutaj oczywiście.-dodał kiedy zobaczył minę siostry. -ale w takim razie gdzie...?-Miranda ziewnęła przeciągle i usadowiła się wygodniej w fotelu. -potem, kiedy indziej, teraz śpij.-szepnął chłopak i już sadowił się do spania na leżącej niedaleko pryczy, kiedy usłyszał jej senny głos. -co?- rzucił zniecierpliwiony. -ale nie przyprowadzisz już do naszego domu Krystyny? -skąd ci nagle taka bzdura do głowy przyszła?- speszył się niespodziewanie, a potem widząc, że siostra wzruszyła ramionami odprężył się.- eh.. nie, nie przyprowadzę jej. i wiesz co? ona sama też nigdy tutaj nie przyjdzie. dobranoc. -dobranoc, braciszku, dobranoc...
skomentuj | (2)
Niewola... | aster | 2008-04-09 | 10:29:10 |
"Coś jakby pęka, jakby się urywa... Dźwięk tłuczonego szkła, urywania struny... Ból, ból nie do zniesienia!!! Niee... cichy urwany jęk, ktoś tam jest, tam na końcu tunelu... Czy to może... znowy ten okropny ból!! Trudno z nim wytrzymać!! To co do niedawna wydawało się takie realne, nagle przestaje istnieć. Jak to? Fatamorgana, rozpływa się w powietrzu, znika, nie ma... Nie ma?? Przecież to niemożliwe!! Słyszysz?! Niemożliwe!! Znowu światełko na końcu tunelu. Nie ja nie chcę spadać! Pomocy! Głuchy trzask, krew, martwe ciało na podłodze. Ciemność." Obudziła się? Czy może nadal śpi? Rozejrzała się dookoła- ciemność, jak we śnie. Próbowała podnieść się z posłania, ale coś jej na to nie pozwalało, jakaś nadludzka siła. Jej oczy poruszały się niespokojnie, czuła jak zimny pot spływa po jej skroni. Strach. Znowu ten ból! Przejmujący we władanie całe jej ciało. Teraz musi być posłuszna. Teraz musi znowu się poddać. Rzuciła okiem jeszcze raz na drzwi... Co prawda w ciemności trudno było dojrzeć cokolwiek, ale teraz była pewna, to znowu on. Kiedy tylko przypomniała sobie jak wygląda dreszcz wstrząsnął jej ciałem, nie, nie chciała go więcej oglądać. Ale czy go to interesowało? To czego ona chce? Była niewolnicą, teraz już nie tylko zwykłą poddaną, ale niewolnicą. A to światło? Światło? Przecież nie widziała światła już od... nie pamiętała już niawet jak długo tu jest, ciągle tylko ta ciemność, ból i strach... Ale było jakieś światło, tak pamięta je, jakby przez mgłę... i był też jakiś tunel, była tam... A więc stąd jest jednak jakieś wyjście?? Próbowała się poruszyć- siłą woli kiwnąć choć jednym palcem aby mieć nadal nadzieję, bo tylko ona teraz trzymała ją przy zdrowych zmysłach. Nie udało się. Jeszcze raz... Zacisnęła mocno usta, jej twarz stała się czerwona z wysiłku i już, już czuła jakby coś się zmieniało, jakby... śmiech- kpiący i szyderczy. Znowu jego twarz, biała i gładka jak porcelana, dwoje zimnych, nieprzeniknionych oczu, kształtny, pasujący do ogółu nos i usta... nie, to nie były usta, to jakaś wąska linia przez którą wydobywały się dźwięki, bez warg i konkretnego kształtu. Ciemność. Poczuła jak niewidzialne sznury opasają ją całą, ciągną za przeguby dłoni, obejmują i zaciskają się w pasie i na łydkach. Spuściła wzrok, nie mogła patrzeć, jak patrzy się na nią bezlitośnie i przyciąga ku sobie. Tylko on, dalej czarna otchłań, przejmująca cisza i tajemnica. Tajemnicą było tutaj wszystko, począwszy od tego jak się tu znalazła, a zakończywszy na tym kim jest "istota z porcelany"- jak czasami nazywała go w myślach. Strach nasilał się z każdą sekundą i czuła jak serce podchodzi jej do gardła. Czuła, że znajduje się coraz bliżej, prawie odczuwała na sobie jego oddech. I nagle usłyszała jego głos- jadowity szept, który zdawał się być ciszą i krzykiem zarazem: -Czy wiesz, że mógłbym ciebie zabić??- ciemność wokół jakby zgęstniała- Ta myśl powinna cię przerażać, a w związku z tym, moja droga, powinnaś zacząć się bronić, próbować ucieczki, krzyczeć i szarpać się, miotać, jak ryba bez wody, ale cóż to...- pogardliwy uśmiech, który dotychczas widniał na jego twarzy, spełz z niej, przez co wydawała się ona jeszcze bardziej szkaradna- Nie możesz zapanować nad swoimi ruchami?? Nie potrafisz nawet drgnąć, bez mojej zgody?! Dlaczego...- ostatnie słowo zawisło między nimi, ale męczyło tylko jednego. Upadła twarzą na zimną, kamienną posadzkę. Nie wiedziała gdzie się znajduje, tutaj, tak jak i wszędzie, panował nieprzenikniony mrok. Usłyszała trzask ryglowania drzwi, jej ciało zaczęło dygotać, nie wiadomo czy to z powodu chłodu panującego dookoła niej czy z lęku. Znowu, tak jak za pierwszym razem odzyskała władzę nad swoimi kończynami. Podniosła się, była odrętwiała i posiniaczona. Nasłuchiwała chwilę, ale nie usłyszała niczego. Próbowała coś powiedzieć, poruszała ustami, udało jej się wydobyć z siebie tylko jakieś ciche piski. Westchnęła. "Tunel. Para oczu. Promienny uśmiech, wyciągnięte na powitanie dłonie. Biegnie wzdłuż niego, jej gęste, czarne włosy, powiewają na wietrze, świat, nawet jeżeli jest to tylko jego niewielka część, znowu odzyskuje barwy. Szmaragdowe oczy ponownie widzą światło i odróżniają kształty. Jest szczęśliwa. Ktoś śmieje się serdecznie, jest tuż obok niej, na wyciągnięcie ręki. Biegną razem, dwoje dzieci, dwoje szczęściarzy, żyją, udało im się. Właściwie to dlaczego by nie dotknąć tej ręki?? Napewno się nie pogniewa. Niebo jak za sprawą czarów z błękitnego, stało się szare. Wszystko dookoła zaczyna blednąć i nawet ta ciepła, miękka dłoń, której dotknęła nim to się stało, gdzieś zniknęła. Silny powiew wiatru- zamknęła oczy. Ciemność". Nie wiedziała co się z nią działo przez ten czas. Znowu leżała na swym posłaniu. Nieruchoma, blada kukła. Nie było nikogo. Poczuła ból w okolicach biodra. Tak ostry, jakiego dotychczas nie poczuła, przypominało to ból zęba, było kłujące, nieprzyjemne i zwolna opanowywało inne części ciała. "Co się ze mną dzieje?"- pomyślała. -Walczysz! Wszyscy walczymy, tylko nie wszyscy wygrywają.- Odowiedziała jej gdzieś z daleka "istota z porcelany". "Ręce ma ubroczne krwią, po brudnych policzkach spływają wielkie łzy. Klęczy pochylona nad martwym ciałem, sama nie wiedząc dlaczego. Ciało jest obrócone do niej tyłem, co jeszcze bardziej wzmaga jej lęk. W końcu decyduje się obrócić je, chce ujrzeć twarz. Zwykła, bezimienna, co nie oznacza, że brzydka, brzydotę też byśmy zauważyli, twarz jest raczej w stylu tych, które mijamy w drodze do supermarketu i nawet ich nie zauważamy. Ale zaraz... Przypatrzyła się jej bliżej. Coś jej przypominała... Tylko... Och! Nie umiała uwierzyć- przecież to jej twarz".
Troszkę szkoda, że tak mało optymizmu, ale pewne okoliczności, które można ująć słowem jednym "pielgrzymka" spowodowały, iż od pewnego czasu, jakoś nie mam ochoty się uśmiechać za często. Pozdrawiam wszystkich, którzy dotrwali. W szczególności Syriusza- za cierpliwość.
skomentuj | (5)
ostrzeżenie przed tym co możesz spotkać... | aster | 2008-03-20 | 20:25:38 |
nie idź tam! ostrzegam CIĘ, bo tam... tam straszy... tam straszy ONO, a ONO jest niebezpieczne i nieprzewidywalne. wszyscy się TEGO boją, więc TY też się będziesz bał. będziesz się bał jego oczu, są czarne i takie... takie jakieś smutne- TY boisz się smutku... wielu się go boi. poza tym ONO, jest nagie, nagości też się boisz. nagości własnych myśli i bezwstydności swoich słów. wiem to, wielokrotnie to z wszystkimi przerabiałam... czarno-białe, lubisz prostotę? tak, czerń i biel ją symbolizuje, ale ono nie jest dzieckiem prostoty, ona nie ma skrzydeł, a ono jest uskrzydlone- wolność też wzbudza u CIEBIE strach. ono jest wystawione na pośmiewisko- nie chciałbyś być w jego skórze. jego skóra narażona jest na ból... boli go żal za czymś co stracił bezpowrotnie... - TY nie chcesz nic stracić i nie chcesz żeby się z CIEBIE śmiali. ono- młode, stroskane nieszczęśliwe dziwadło... chciałbyś być poważny w czarnym garniturze i z ciętnym żartem na ustach. chciałbyś mieć wyrafinowany gust i poważanie godne króla. wysoką pozycję społeczną i pieniądze. ONO tego nie ma- czy z tego powodu nikt go nie kocha? hmm... a może to z powodu jego brzydoty, bo ono jest wyjątkowo szkaradne... mogłabym więcej na jego temat napisać. mogłabym napisać jakiego koloru jest jego słońce i jak głośno śpiewają liście pod jego stopami, ale wtedy dowiedziałbyś się gdzie mieszka i nigdy byś do niego nie trafił. dzięki mnie wiesz, że istnieje, a ONO dziś się dowie, że jest poszukiwane. bo przecież masz ten zmysł, który mówi, w którą stronę trzeba iść żeby wpaść w tarapaty.
skomentuj | (1)
uwierz, one istnieją i nie patrz na mnie jak na wariatkę! | aster | 2008-03-08 | 20:41:29 |
wtedy widziała ją ostatni raz, oddalającą się w głąb miasta i znikająca w tłumie innych ludzi. było jej trochę żal, że nie jest jak ona, nie jest tak szczęśliwa i ładna, nie ma tylu sukienek w szafie i tylu pamiątek i sekretnych liścików w małych, drewnianych szufladkach. ona miała tylko las, on dawał jej schronienie i pożywienie, on był jej przyjacielem na dobre i na złe. nic poza nim się nie liczyło, aż do teraz, teraz wszystko się zmieniło, teraz było inaczej. poznała ją, dziewczynę, która mieszkała w mieście, była zupełnie inna niż ona. Ola nie miała szpiczastych uszu, ani śmiesznie długich rzęs, które przy każdym mrugnięciu wyglądały jak poruszenie skrzydeł. Ola nie musiała zabijać żeby przeżyć, tylko chodziła do sklepu, piła wodę z metalowej rury, zwanej kranem i jeździła autem- swoją drogą zabawna to była, według niej, nazwa. tak rozmyślając doszła do lasu, który teraz, po opowieściach Oli, wydawał jej się jakiś obcy i nieprzystępny. weszła do niego i zaczęła szukać schronienia. przezierała się przez zatarte już i porośnięte młodymi drzewami, ścieżki, kilkakrotnie potknęła się o jakąś butelkę czy karton, pozostały po zeszłotygodniowym grzybobraniu. było już całkiem ciemno, kiedy natrafiła na jakąś starą, lisią norę, zapach piżma dawno już wywietrzał, więc zaczęła wczołgiwać się do środka. skuliła się w kłębek i powoli odchodziła w krainę snu. kiedy zaczął padać deszcz, ona już była daleko stąd, znowu była w pokoiku na poddaszu i uczyła się korzystać ze świecących pudeł, w którym był cały świat. piła czerwoną, słodką wodę i jechała długim autem "w daleki świat" jak to powiedziała Ola... nie czuła mroźnego, nieprzyjemnego wiatru i nie słyszała uciekająch, leśnych zwierząt, ani szumu drzew, kołysanka wspomnień ciągle grałe jej w głowie swoje piękne piosenki. obudziła się, przeciągnęła i zaczęła powoli wychodzić z nory. starała się skupić na tym co teraz teraz powinna zrobić, starała się zapomnieć o tamtym świecie, który czeka ją tam, za lasem. ale wszystko tam wydawało jej się prostsze, piękniejsze, lepsze. las stracił cały urok, tęskniła do miasta. przypomniała sobie kiedy pierwszy raz ją zobaczyła, jaka była wystraszona... potem już były tylko opowieści i niezrozumiałe słowa. kiedyś Ola powiedziała "chodź ze mną, to ci pokażę"- i poszła z nią. ciekawość wzięła górę nad lękiem. nagle nad jej głową przeleciał kruk i krzyknął przeciągle. to był ten stary kruk, który był dawniej jej jedynym przyjacielem. wspięła się na drzewo i jej bose stopy znowu poczuły chropowatą korę drzewa, a ona znowu mogła pogładzić rękoma liście. ale nie dawało jej to takiej radości jak wtedy. zfrustrowana zeskoczyła drzewa i pobiegła przed siebie. poczuła jaka jest mała i zagubiona, poczuła że jest sama. nigdy nie czuła się tak źle jak w tej chwili. zatrzymała się przed strumieniem i nabrała w ręce wody, napiła się jej. była niedobra i taka jak mówiła Ola- zatruta. teraz już czuła te wszystkie ochydztwa, które się w niej znajdowały. zdesperowana i gnana tęsknotą, postanowiła odnaleźć Olę. w mieście było tłoczno, setki nieznanych jej istot, podobnych do Oli, przewijało się przez ulice i chodniki. weszła do jednego ze sklepów i zabrała z tamtąd bułkę, podeszła do kasy, tak jak to Ola robiła i podała kobiecie za ladą liść. był suchy, tak jak to co Ola podawała w takich pomieszczeniach, kiedy chciała z cich coś. kobieta podniesionym głosem kazała jej wyjść ze sklepu. wyszła, wyszła też z innego z kilku innych sklepów. trochę zdziwiona i bądź co bądź głodna, usiadła pod wyskim, ładnym budynkiem, z którego dochodziły smętne i podniosłe głosy jakiejś pieśni. nagle podszedł do niej jakiś człowiek i zaczął jej tłumaczyć, że tu nie ma miejsca dla takich jak ona. nie zrozumiała. jak to? przecież Ola mówiła, że tu jest miejsce dla każdego, że w jej świecie żyją wszyscy razem i są szczęśliwi "czarni" i "homoseksualiści" mają takie same prawa jak wszyscy. co prawda ona nie była chyba żadnym z nich, ale stwierdziła, że skoro istoty o tak dziwnie brzmiących nazwach (nie chciała irytować Oli kolejnymi pytaniami), mieszkają i żyją jak Ola, to ona też może. człowiek, który wcześniej ją stąd wyganiał, teraz chwycił telefon i mówił coś podniesionym głosem do niego. -poczekaj tu- powiedział i na wypadek, myśląc chyba, że ona nie rozumie albo nie słyszy, pokazał jej to na migi, ona tylko popatrzała na niego, ale nadal siedziała na miejscu.- zaraz po ciebie przyjdą...- mruknął bardziej do siebie, niż do niej. i rzeczywiście po kilku minutach pojawili się jednakowo ubrani mężczyźni, którzy na jej widok uśmiechnęli się tylko pod nosem i bez słowa ją zabrali. siedzi teraz na szarym fotelu, jest niewygodny i nie tak ładny jak fotel Oli. dali jej szarą, długą do ziemi koszulę i stare kapcie, poczęstowali chlebem z margaryną, tanią herbatą i czekali w milczeniu aż skończy. było tu nieprzyjemnie, szaro, nijako i brudno. mężczyźni mięli nieprzyjazne, trochę ubawione, a trochę złowrogie twarze. -jak się nazywasz?- zapytał jeden z nich, ten starszy, z łysiejącą głową i podejrzliwym spojrzeniem. -Ola.-skłamała, nie wiedząc czemu. -a dalej? -Ola.-odpowiedziała tym samym, zdziwionym tonemi. prawda była taka, że nie rozumiała co tu robi. nie wiedziała, dlaczego znalazła się w tym miejscu, a nie w domu Oli. nagle całe miasto straciło urok i radosna euforia, która do tej pory towarzyszyła jej w mieście, zniknęła bez śladu, zastąpił ją strach. -no cóż, moja droga, jeśli nie chcesz nam po dobroci powiedzieć, będziemy rozmawiać inaczej. biało, wszędzie biało, białe łóżko, białe ściany, nie ma okien, ani drzwi... tylko jej ubranie nie jest białe, jest szare, proste i szare nie ma już tych brzydkich, starych kapci, ma znowu bose stopy. jak się tu znalazła? powiedziała im kim jest i gdzie mieszka, śmiali się, a potem zamknęli tutaj, tutaj czyli gdzie? gdzie ona jest? w mieście? w tym pięknym, pełnym ludzi, jedzenia i świecących pudeł ze światem, miejscu? a może w lesie? w jej domu? może teraz właśnie gładzi liście krzewów albo zabija koleją gałąź, że zbudować dom? a może teraz się udało? może to było jej marzeniem- znaleźć się w więzieniu, o białych ścianach? nie! ona nie chciała! przyszli, przyszło ich czworo. jedna podała zielone tabletki, druga podała plastikowy kubek z wodą, a dwóch zaprowadziło do tego grubego, wąsatego człowieka, który znowu bedzie zadawał bezsensowne, głupie pytania... nikt jej nie wierzył. chociaż widzieli jej szpiczaste uszy i niezwykłą urodę, nikt nie wierzył, że istnieje... błękitnie niebo, las... dziewczyna zbiera kwiaty na małej polanie. patrzy w górę i widzi samolot, który pozostawia białą, gługą linię na niebie. dziewczyna przygląda się jej i uśmiecha, nie wiedząc czemu podoba jej się ta swoista chmura utworzona przez jej świat. szkoda, że ona tego nie widzi... a może widzi, a brukowce, które rozpisują się na temat jej przyjaciółki, kłamią... zerwała jeszcze jeden kwiatek i usłyszała nawoływania mamy, czas wracać do domu. 
przepraszam, że tak późno.
skomentuj | (4)
w nocy... | aster | 2008-02-16 | 00:27:25 |
nadchodziła noc, najpierw jednym pocałunkiem zgasiła słońce, potem usypiała kojącym szeptem błękitne niebiosa, które w uniesieniu wzdychały sennie, tonąc w różowych chmurach i złotych obietnicach kolejnego dnia. stąpała miękko po mokrym śniegu w lesie, polany przykrywała ciepłą kołderką czerni, śpiewała cicho kołysankę murom osiedlowych bloków. w końcu, już nieco zmęczona, usiadła, żeby odsapnąć na białej, puchowej pierzynce dachu stodoły. poprawiła kaptur i zakryła się szczelniej czarną peleryną, która otulała wdzięcznie jej smukłą postać. czeka ją długi czas spędzony w towarzystwie nietoperzy, sów, polnych myszy... spojrzała odruchowo w dół, ale żadna z nich jeszcze nie wyszła ze swojej kryjówki. sfrunęła więc na dół i postanowiła się zabawić, znajdzie mysz, szybciej niż ta zdąży wyjść i już, już chciała wejść do gniazda, które zobaczyła wewnątrz kopy siana, gdy nagle usłyszała dźwięk dzwoneczków. wyleciała ze stodoły i wyjrzała na dwór, to co tam ujrzała, przerosło jej najśmielsze oczekiwania. stały tam wielkie, drewniane sanie, zaprzężone w dwa białe, dumne rumaki, których bujne grzywy połyskiwały w świetle księżyca. wewnątrz sań siedziała usadowiona jakaś młoda panienka, ubrana w gustowne, delikatne futro, drżała z zimna, obok niej siedział wysoki, przystojny mężczyzna w średnim wieku i patrzył na dziewczynę z łaskawym uśmiechem wyższości, jakby sobie z niej kpił. -czy myśli pan, że zdążymy?- zapytała przez zaciśnięte zęby, żeby głos jej nie drżał. przy każdym słowie w powietrzu unosiła się para. -oczywiście moja droga, oczywiście.- odpowiedział nerwowo mężczyzna. w tym czasie przyszedł jakiś człowiek, sądząc po wyglądzie i wyrazie twarzy (miał na niej przyklejony obłudny uśmiech) był kimś ze służby. podarował państwu w saniach pledy i skóry, które były niezbędne na takim mrozie, potem poczekał aż ci przykryją się tym, potem chwycił lejce i ruszył. mężczyzna objął dziewczynę ramieniem i przyciągnął do siebie, ona niechętnie, jakby pod przymusem, położyła ostrożnie głowę na jego piersi. istota w czerni ze skupieniem i uwagą patrzyła na tą scenę, w jej mrocznym i pełnym niegodziwości sercu, czaił się podstępny plan... sanie mknęły szybko poprzez las, mroźny wiatr bił ich twarze niemiłosiernie. nie wiedzieli jednak, że prawdziwe nieszczęście siedzi tuż za nimi i uśmiecha się radośnie. po pół godziny dotarli na miejsce. w kościele było nijako, ponure miejsce, pachnące kadzidłem i starymi, dębowymi ławami. cztery filary ozdobione rzeźbami świętych trzymających drewniane krzyże, na przedniej ścianie, skąpany w blasku świec ołtarz, obok kazalnica. co niedziele gromadziło się tu pewnie mnóstwo wiernych, ale teraz nie było tu żywej duszy. nagle zza ołtarza wychyliła się głowa jakiegoś starca, na jego twarzy malowało się znurzenie, przetarł oczy z resztek snu, za głową wynurzła się reszta ciała. -proszę stańcie tutaj...- powiedział, zwracając się do przybyłych, ochrypłym głosem. dziewczyna trzymała się kurczowo za rękaw swojej sukni i przygryzała nerwowo wargi, mężczyzna łypał groźnie na starca i wyglądał na wytrąconego z równowagi. -do rzeczy, bez zbędnych "czy chcesz...", "kochasz..."- warknął mężczyzna. -oczywiście, ale...- pod spojrzeniem swojego rozmówcy zamilknął. Noc patrzyła na to wszystko siedząc na ołtarzu, przybrała postać włosa Pana Boga. czas działać. ześlizgnęła się szybko z ołtarza i podpełzła do mówiącego coś pod nosem mężczyzny. przygotowała się do skoku i... wskoczyła mu na twarz. trwała ta szamotanina jakąś chwilę, człowiek kontra Noc. człowiek nie miał szans, Noc oplotła go swą czarną nicią i upajała się każdym odgłosem cierpienia dochodzącego z jego ust. do jej uszu dotarł jednak z daleka odbijający się echem, wśród ścian głos dziewczyny, która patrzyła przerażona na miotającego się mężczyznę: -kara Boska i ciebie, mój małżonku dosięgła! zabiłeś i teraz tu, w Domu Bożym, chciałeś prawo mieć do mnie! będziesz się smażył w piekle"- dokończyła nieco ciszej, jakby złowrogo. mężczyzna upadł na ziemię, ciężko dysząc. -Angelika? Angeliko, gdzie jesteś?- w jego głosie dało się słyszeć panikę.- nic nie widzę. Noc ubawiona popatrzyła, znowu będąc włosem Pana Boga, na swoje dzieło. taak, teraz na pewno nie będą szczęśliwi- kiedy przychodzi Noc, należy zamknąć oczy i uciec z tego świata jak najszybciej, Noc nie ma czasu dla osób szczęśliwych, jest towarzyszką rozterek, cierpień i nieszczęść, jest świadkiem bezwstydnych scen i chwil słabości, silnych ludzi. Noc jest sprzymierzeńcem zbirów, morderców, samobójców i prostytutek. co z tego, że jest piękna, jeśli ma takie poczucie humoru??
skomentuj | (2)
niekonwencjonalny szkic rzeczywistości... | aster | 2008-02-09 | 20:13:09 |
matka nie pozwoliła mu wejść na drabinę, ale matka zawsze nie pozwalała. chłopcu czasem wydawało się, że mówi "nie" w każdej sprawie, nie zwracając większej uwagi na zadane jej pytanie. więc teraz było już jasne, sam musi zadecydować co zrobić. kiedy chłopiec był jeszcze mały, ojciec opowiadał mu o cudach jakie można znaleźć na księżycu, o wielkich górach okrytych ciepłym, białym śniegiem, o zaginionych latawcach, które wylatują nieuważnym dzieciom z rąk i które teraz tam latają sobie wolne i szczęśliwe, ojciec opowiadał o wielkim jabłku, które wisi na srebrnej pajęczynie, na skraju księżyca i żywi wszystkie stworzenia tam żyjące. matka zawsze, kiedy to słyszała, mówiła, że to bujdy i kazała mężowi skończyć opowiadać takie niestworzone historie "bo chłopiec ma już osiem lat i najwyższy czas, żeby zajął się czymś pożytecznym". pewnego dnia, kiedy jak co wieczór, chłopiec czekał na kolejną bajkę, ojciec się nie zjawił. matka mówiła, że pojechał do miasta załatwić kilka spraw, ale on jej nie wierzył, wiedział bowiem, że wszystkie sprawy w mieście załatwiała matka. odejście ojca zasiało w chłopcu tęsknotę, która po pewnym czasie zaczęła rozwijać się i rosnąć. kiedy chłopiec miał już prawie jedenaście lat tęsknota wydała na świat owoce w postaci dość dziwacznego pomysłu wdrapania się na drabinę w nocy, o pełni księżyca. chłopiec zwierzył się z tego pomysłu matce, jej zdanie na ten temat już znacie. teraz chłopiec czekał na nadejście nocy. a kiedy ta nastała wdział na siebie lekką, nocną koszulę- tak jak inni ludzie, którzy w opowieściach ojca, wyruszali szukać szczęścia. wyszedł z domu i odnalazł drabinę, która stała oparta o szopę, kończyła się na jej słomianym dachu. pomimo tego chłopiec wchodząc na nią czuł dziwne podniecenie, jakby nie wchodził kilka szczebli w górę, lecz... -tato!!!- chłopiec wszedł na ostatni szczebel drabiny i zamiast ujrzeć przed sobą okno swego pokoju i stary dach pokryty mchem, zobaczył wielki zegar podtrzymywany przez dziwnie wyglądające drzewa. dojrzał tam też ojca, który stał na drabinie i wyglądał jakby czyścił zegar w środku. był bardzo zajęty i kiedy usyszał głos chłopca prawie spadł z drabiny. -Tomek! Tomek, co ty tu robisz o tej porze? gdzie mama? -tato! ona nie chciała przyjść, nie wierzyła, że się uda... nasz plan... bo wiesz? ja... ja też zwątpiłem... czekałem... -tęskniłem za Tobą- ojciec przytulił mocno syna do swej piersi. -tato, gdzie my jesteśmy?? -jak to, nie poznajesz? to jasna strona, jasna strona księżyca, rzecz jasna- powiedział tonem znawcy.- chodź, oprowadzę cię. tak oto chłopiec i jego ojciec zamieszkali razem wśród dziwnych drzew i olbrzymich zegarów na księżycu, odtąd żywiąc się wyłącznie jabłkiem wiszącym na pajęczej nici. a matka?? matka... hmm... matka przestała być tak sceptyczna, znów zaczęła marzyć i szczerze się śmiać.
skomentuj | (1)
notki nie będzie... los ze mnie kpi! | aster | 2008-02-02 | 22:22:39 |
mętlik w głowie, mnóstwo myśli, nie wiadomo, której poświęcić większą uwagę, głowa boli, w uszach szumi. nie, to nie chwilowe zamroczenie... zgubiłam się, a tego światełka ciągle nie widać. za dużo, za dużo myśli o życiu, śmierci, istocie naszego bytu, miłości, za dużo śmiechu i gorzkich łez w nocy. za dużo muzyki. rzeczywistość plącze się ze snami, zakurzone marzenia leżą na półce obok Biblii i pluszowego misia, którego dostałam 2 lata temu na Gwiazdkę. myśli takie dziwne, czasami mnie nawiedzają i szkice krajobrazów, ludzkie twarze, cienie. tańczę, tańczą też twarze i myśli, tańczy świat wokół mnie, przysiąść?? przecież siedzę, odpoczywam po ciężkim dniu "robienia niczego". apatyczna, zmęczona i szara. nudna, język mi się plącze, nieśmiało się uśmiecham niewiedząc o co chodzi mojemu rozmówcy. trzymam telefon w ręku nie wiedząc po co, odkładam. uczę się wiersza, żeby zasnąć, jest długi, Tuwima, zasypiam. trupio-blady księżyc świeci mi w oczy. po omacku idę przez życie, udając, że nic się nie stało. ale zaraz mi przejdzie taki zabawny humor...
skomentuj | (1)
rozmowa liryczna... (kto czytał ten wie) | aster | 2008-01-16 | 00:14:57 |
usiadł jak zawsze na murku, przez chwilę zdawał się być nieobecny. patrzał na leniwie płynącą rzekę, na wyciągniętę ku górze nagie ramiona drzew. nagle kropla deszczu spadła mu na nos. starł ją delikatnie i uśmiechnął się- co tam deszcz, Ona zaraz tu będzie! na myśl o Niej, zawsze się uśmiechał, była taka... -zabrali mi je!- usłyszał ten jej kochany głos w oddali. dopiero potem zorientował się, że kochany głos coś do niego mówi, głosem wielce oburzonym. -co ci zabrali?- zapytał zatroskany. -skrzydła!- właścicielka kochanego głosu krzyknęła tak głośno i rozpaczliwie, że wyrwało go to z zadumy. -nie mogli.- odpowiedział tak jak to tylko on potrafił, spokojnie i całkowicie na luzie, jakby chodziło o telefon komórkowy. -wiem, ale pomimo tego, zrobili to! jak oni mogli?! no jak?!- wymachwiała rękoma, na jej twarzy malowała się niedowierzanie.. -nie wiem, przecież one są twoje, przecież ty jesteś moja, przecież one były moje...- teraz nawet on się zdenerwował. -ty zaś o sobie? spójrz! nie mam ich! nigdy już nie polecę, zobacz...- obróciła się do niego plecami i pomimo mrozu jaki panował na dworze, zdjęła bluzkę. popatrzał zaciekawiony na jej nagie ciało i ujrzał dwie krwawiące rany, na miejscu łopatek. jej ramiona zaczęły lekko drżeć. założyła splamioną krwią bluzkę i spojrzała na niego zdziwionym wzrokiem. -dlaczego to zrobili?-zapytał cicho, za wpół siebie pytając. -a kiedy tobie to zrobili, wiedziałeś dlaczego? wiedziałeś po co im są twoje skrzydła?
-nie, ale... -hm? -ale to było dawno, teraz przecież jest inaczej, teraz już przecież dali nam spokój... w radiu mówili...
-wierzysz w to?!- w jej głosie było czuć kpinę.
-nie... ja tylko...-popatrzył na nią zakłopotany.
-wierzysz! nawet ty wierzysz, że już ich nie obchodzimy! dlaczego? przecież oni tylko czekają aż...
-a dlaczego mielibyśmy ich obchodzić?- zapytał chyba trochę naiwnie, bo odpowiedź była oczywista.- kim my jesteśmy?- dodał. -"kim my jesteśmy"- przedrzeźniała go.- za chwilę będzie pewnie moja kwestia: "...i dokąd zmierzamy?". ja już się w to nie chcę bawić. nie lubię tych pytań, ich wiecznego zadawania i braku jasnej odpowiedzi. mam dość, odchodzę.- westchnęła i uśmiechnęła się lekko.
-dokąd? -hmm... chyba tam gdzie już nikt mnie o nic nie zapyta.-odpowiedziała jakby się nad czymś zastanawiając. -dziwna jesteś, wiesz? -wiem i co z tego?- zaśmiała się jak to ona, z nutką ironii w głosie.
-no... -a ty masz piegi, i co?  co z tego, że takie proste? a może ja bym chciała żeby choć raz coś tchnęło szczerym optymizmem? bo On Ją kocha, Ona Jego. poza tym teraz są tacy sami... szczęśliwi! rana się zagoi o to się nie martwcie. żal po stracie pozostanie, ale sprawców tego czynu na pewno spotka Kara Boska. jeśli jeszcze jakieś pytania to proszę kierować tu: 10391943 (gg). moje powyższe, marne tłumaczenie się oraz całą notkę napisałam dla "Bractwa Życia"- tak, tak Alicjo, pozwoliłam sobie bezczelnie to wtrącić^^" pozdrawiam cieplutko Ciebie i Wszystkich zaczytanych (hehe).
skomentuj | (4)
Deus Ridens... | aster | 2008-01-06 | 21:06:44 |
ciemność, cztery drewniane ściany wyściełane zniszczonym, zielonym atłasem i stare, malowane lalki. -hej przyjacielu, leżysz na mnie już od kilku godzin, czy mógłbyś się łaskawie posunąć?- jęknęła dziewczynka w czerwonej sukience zwracając się w stronę zabawnie wyglądającego pajaca w dziurawych, kraciastych spodenkach, czerwonymi rumieńcami i z kpiącym uśmieszkiem na twarzy. -jasne, jasne, już się posuwam...- bąknął i ustąpił troszkę miejsca drewnianej nodze w zielonym pantofelku. -Oriano! co twoja noga robi na mojej głowie?!- krzyknęła płaczliwe dziewczynka. -przepraszam, panienko, ale nie ma tu miejsca.- odparła spokojnie kobieta, a jej oczy zalśniły w mroku złowrogo, nie cofnęła nogi. -pajacyku, czy ty aby nie przesadzasz z tymi czułościami?- staruszka ubrana w jakieś łachmany miała na piersi rękę pajaca. -ojej, wiesz przecież Auroro, że nie mogę, nie umiem, bo ten wariat kiedy ją przełożę mnie uderzy- wskazał powoli wierzbową głową w stronę leżącego na nim drugiego pajaca- tym razem już grubszego, w zielonym kubraczku z nadętą miną posiadacza wszystkich skarbów świata. w sumie w skrzyni było około piętnastu marionetek. wszystkie codziennie rano się kłóciły, wieczorem- po występie- rozmawiały. nie były złe, były nieszczęśliwe, ponieważ wszystko i wszyscy, prócz nich samych, mówiło im, że są nieprawdziwe i martwe. nagle ktoś otworzył wieko skrzyni i marionetki ujrzały nad sobą znajomą im już twarz lalkarza. uśmiechał się on lekko i sięgnął po jedną z lalek. był to kawaler o arystokratycznej cerze i jak można było sądzić po pozie jaką przybrał- takich samych jak cera manierach. z dziarską miną patrzył teraz przed siebie i nawet nie mrugnął. lalkarz patrzał na niego jakby się nad czymś zastanawiając. kawaler poczuł na sobie śmierdzącą woń alkoholu jaka biła od lalkarza. -no cóż, mój drogi. spełniłeś swoje zadanie.- powiedział do lalki wyciągnął z kieszeni sakwę, potrząsnął nią.- i wy też moi drodzy spełniliście!- zaśmiał się i wskazał ręką na całe otoczenie- wytworne, eleganckie, przy głównej ścianie kominek, nad nim obraz van Gogh'a.- no, no, jestem z was dumny.- tu urwał i ostatnie co marionetka zobaczyła to oślepiające światło. potem już ciemność. -och nie. dlaczego...- szepnęła z przerażeniem blada panienka w czerwonej, prostej sukience, która zaciekawiona wyjrzała na zewnątrz. kiedy zobaczyła, jak jej przyjaciel (młodzieniec, z którym ostatnimi czasy odcięła się od reszty i wbrew regułom rozmawiała nawet rankiem) bezwiednie wpada w płomienie i powoli w nich umiera, widziała jak ich miłość pochłania ogień, jak wszystko się kończy. -to koniec, panienko, to koniec!- zaśmiał się lalkarz widząc jej spojrzenie, trzymając w dłoni kieliszek czerwonego wina. wziął i ją, zakołysał i rzucił o ziemię- roztrzaskała się- nie była już ładna, w ogóle nie była- nie istniała. -żegnajcie, kochani!- powiedział lalkarz patrząc w ogień. potem zwrócił się w stronę innych lalek: bijcie brawo przyjaciele, komedia skończona.- zaśmiał się raz jeszcze, zamknął wieko skrzyni, usiadł przy stole i zasnął.
skomentuj | (4)
nadzieja szalonych... | aster | 2007-12-30 | 23:54:58 |
chuśtawka powoli kołysała się na wietrze, skrzypiąc przy tym nieprzyjemnie. siedział na niej wielki ptak, miał piękne, szmaragdowo-złote, lśniące pióra i dumnie uniesioną głowę. był to niezwykły ptak, ptak, który inspirował przez wieki artystów i dawał nadzieję nieszczęśliwym. legenda głosi, że jeśli ktoś ujrzy to stworzenie albo straci zmysły albo odnajdzie sens istnienia. tego właśnie ptaka zobaczyła pewna irytująca poetka, która spoglądając w niebo dostrzegła chuśtawkę i jej bywalca. napisała o tym wiersz, po krótkim czasie zaczęły dziać się z nią dziwne rzeczy. marzyła i śniła coraz częściej, jakby nie wiedziała już gdzie się dokładnie znajduje. dręczona obawami nie spotkała swej Miłości, a Miłość została równie samotna jak ona. myśl jednak, że spotka kogoś, z kim będzie mogła posłuchać Beethovena i siedzieć w fotelu na biegunach na werandzie otoczona wiklinowymi koszami pachnących róż nie opuszczała ją ani na chwilę. płakała często snując plany na przyszłość, przestała pisać. siedziała teraz tylko na ziemii patrząc w niebo przez okno, jakby czegoś wypatrując. "romantycy lubią szaleńców"- zwykła dawniej mawiać, kiedy nie wiedziała jeszcze, że ona, wielbicielka romantyzmu wpadnie w sidła szaleństwa. co się z nią potem stało? nikt nie wie. pewnego dnia, spakowała wszystkie kapelusze i wieczne pióro do walizki, a potem zeskoczyła z białą parasolką w dłoni z dachu kamienicy, w której mieszkała. ludzie opowiadają, że siódma wróżka zabrała ją do swej krainy i uwięziła w złotej klatce, ci sami ludzie opowiadają, legendę o ptaku- wysłanniku siódmej wróżki. tak, tak, Drogi Czytelniku, pisząc "siódma wróżka" mam na myśli tą samą kobietę, która zaklęła Śpiącą Królewnę. 
skomentuj | (3)
życzenia... | aster | 2007-12-22 | 00:55:52 |
Kochani! ja z okazji nadchodzących świąt życzę Wam żebyście nie zapomnieli o nich. o tym dlaczego są i co tak naprawę kryje się za słowami "boże narodzenie". abyście dzięki tym świętom docenili ciepło i radość płynącą z przebywania w gronie rodzinnym, bo przecież nie na codzień widzi się ją w komplecie i choć nie jest idealna, jest jednak Twoja i masz ją tylko jedną. życzę też żeby telewizor Wam wysiadł i komputer nie działał. doceńcie te kilka pięknych dni w roku, a wiele za to zyskacie. pozdrawiam serdecznie i wesołego życia
-Aster
skomentuj | (3)
przy wigilijnym stole... | aster | 2007-12-22 | 00:44:40 |
niska osóbka siedziała z podkulonymi nogami w kącie pokoju. twarz miała zasłoniętą kurtyną czarnych, długich włosów. siedziała przygarbiona, ramiona lekko jej drżały, słychać było od czasu do czasu jak ze świstem nabiera powietrza w płuca. do przytulnej, różowej sypialni weszła jakaś kobieta. ubrana w czarną suknię, na głowie miała upięty kasztanowy kok. rozejrzała się po pokoju i ujrzała małą dziewczynkę. -przestań beczeć!-powiedziała ostro.- zaraz przyjdzie reszta i będą się o ciebie pytać.- mała podniosła na nią wzrok. twarz miała całą czerwoną od płaczu. nagle zadzwonił dzwonek do drzwi. słychać było jak wchodzą goście i jak wymieniają uprzejmości z osobą, która im otworzyła. -idziemy!- zakomenderowała kobieta i chwyciła mocno za dłoń dziewczynki. szarpnęła nią tak, że mała jęknęła mimowolnie. -dobry wieczór, kochani.- uśmiechnęła się pani domu do gości. usadziła przy stole przebraną już w niebieski kostium córeczkę. nastała cisza. wszyscy już byli. odświętni, z przylepionymi na twarzach uśmiechami. siedzieli razem przy wielkim, długim stole nakrytym śnieżno-białym obrusem i porcelanową zastawą. w rogu majaczyły lampki na choince. pan domu- podstarzały jegomość z wielkim, sumiastym wąsem, wstał i odmówił krótką modlitwę, którą wszyscy zakończyli zgodnie "amen". matka podniosła pierwsza opłatek, potem zaczęli wszyscy po niego sięgać. -wszystkiego najlepszego, kochanie. żeby interesy szły tak świetnie jak teraz idą.- przysadzista dama z dużym biustem dała dwa siarczyste całusy w oba policzki pani domu, nieomieszkając pozostawić po tym czerwonych śladów. matka wyszczerzyła w uśmiechu zęby i złożyła teściowej jakieś równie miłe życzenia. tym czasem mała Nina schowała się pod stół. tam nikt jej nie widział. nikt po niej nie krzyczał i jej nie popychał. mała Nina w ogóle najbardziej lubiała siedzenie pod stołem. tam czuła się bezpiecznie. leżała pod nim i patrzała swymi szarymi oczami na buty swojej mamy zamszowe, wysadzane małymi diamencikami. potem przeniosła wzrok na buty stryja- błyszczące i czarne, "Gucci"- tak chyba mówił na nie stryj patrząc dumą. tata z kolei miał buty w kolorze starego złota, wyglądały jakby były zrobione ze skóry jakiegoś węża i dziewczynka zawsze się ich bała. nawet teraz odruchowo się cofnęła i niefortunnie uderzyła głową i stół. usłyszała dźwięk tłuczonego szkła i okrzyk mamy: - to była chińska porcelana! ooch! Nina!- mama była rozwścieczona, ale zaraz zmieniła ton- Ninuś nie bój się, wyjdź spod stołu malutka.- powiedziała delikatnie. dziewczynka wyszła powoli ze spuszczoną głową. zobaczyła na panelach kałużę rozlanego soku i rozbity dzbanek. rzuciła błagające spojrzenie w stronę matki, ale ona tylko powiedziała żeby córka posprzątała to, a sama zaczęła zabawiać gości jakąś zabawną jej zdaniem historyjką o tym jak to jeden z pracowników jej firmy został nakryty na tym, że nie tylko pracuje przy komputerze, ale też używa go do celów rozrywkowych. -no, ale zapewne jesteście głodni.- zadzwoniła dzwoneczkiem i kilka kobiet w czepkach przyniosło na stół kilka apetycznie wyglądających dań. za nimi szła mała Nina, niosąc nowy, porcelanowy dzban z sokiem. -proszę, jedz słońce.- matka nałożyła jej na talerz karpia i ziemniaki. -dziękuję.- szepnęła. potem sięgnęła po srebrne sztućce. odkroiła kawałek ryby i wsadziła do ust. nagle zaczęła kaszleć. jej matka rzuciła jej ostrzegawcze spojrzenie, ale ona nic nie mogła na to poradzić. kaszlała coraz głośniej, zaczęła sinieć na twarzy i w oczach miała łzy. -krztusi się!- ktoś krzyknął. matka zaczęła klepać dziecko po plecach, ale to nie dawało rezultatów. kaszlała i kaszlała z trudem łapiąc powietrze. na koniec padła bez ruchu na podłogę. tak skończyło się tragiczne życie małej Niny. -biedactwo! nawet nie doczekała rozdania prezentów.- powiedział Oskar, synek ciotki Tekli.
oczywiście Kochany Czytelniku Ty teraz powiesz, że opowiadanie Ciebie nie dotyczy. nie jesteś przecież bogaty i nie masz dziecka. nie zapraszasz rodziny na święta albo w ogóle ich nie robisz. ale zastanów się czy... czy właśnie teraz kogoś nie zabiłeś.
skomentuj | (1)
francuskie skrzypce... | aster | 2007-12-16 | 02:36:51 |
w karczmie jasno i ciepło. palił się ogień w kominku, pito piwo, ludzie śmiali się i rozmawiali ze sobą. stara cyganka siedziała przy jednym z drewnianych stołów i z trwogą wpatrywała się w linie papilarne na bladej dłoni jakiegoś rudzielca. -czarno to widzę- kobieta popatrzała swym zamglonym spojrzeniem na okno i zacmokała- niebezpieczeństwo, kochaneczku, życie w biedzie. tułaczka. nie wystrzerzesz się szmaragdowej damy, zguba. od co.- zacmokała jeszcze raz i westchnęła cięzko, potem popatrzała na chłopca z powagą- pięć franków. dziewczyna patrzała przez okno do karczmy i mocniej ścisnęła malutką, zziębniętą rączkę brata. -nie płacz- szepnęła do niego i przytuliła- wszystko będzie dobrze...-uśmiechnęła się. weszli do karczmy. ich kolorowe stroje wzbudziły ciekawość wszystkich zgromadzonych. no i ten wielki plecak, z którego wystawała pluszowa główka zajączka. dziewczyna podeszła do baru i zamówiła dwa grzańce. potem usiedli przy stole. chłopczyk tulił się do siostry i patrzał na nią jak na piękny obrazek w książce z baśniami. posiedzieli chwilkę i nagle w głowie dziewczyny zaświtała pewna myśl. -attendre, zaraz wracam.- powiedziała ona i pocałowała jego jasną główkę. skinął nią i patrzał bystro jak wstaje od stołu i podchodzi znowu do baru. coś tłumaczy stojącemu tam barmanowi.wymachuje rękami. na jej miłej twarz maluje się powaga. widział jak ten młody, wysoki, gruby człowiek, ze śmiesznie małymi uszami kiwa głową i uśmiecha się szyderczo. siostra wróciła rozpromieniona, odgarneła z czoła miedziane kosmyki i błysnęła zielonymi oczyma. -załatwione, Pierre. możemy tu przenocować, ale...- nie dokończyła. spojrzała pytająco na chłopca- zgadzasz się? savoir, tego nie lubisz, ale to jedyny sposób żeby tu zostać.- Pierre skinął po raz kolejny, a jego drobne rączki powędrowały wprost do plecaka. otworzył go i wydobył z tamtąd jakiś instrument. -chodź! dadzą nam coś do jedzenia. potem możemy zaczynać. po pół godzinie karczmę wypełniła wesoła, francuska melodia. wszystkie głowy zwróciły się nagle ku małemu chłopcu, który z przymkniętymi oczami grał na skrzypcach. poruszał głową w rytm muzyki, a ona zdawała się przeszywać go na wskroś i kierować jego ruchami i zaprzątać jego myśli. owładnęła nim całkowicie, a on się poddał, teraz liczyły się tylko te dźwięki. wspaniałe, delikatne i mocne, porwały go i tych, którzy je słyszeli także. wszyscy jak w transie, na wpół uśmiechnięci... tylko stara cyganka pozostała niewzruszona i wpatrywała się w zupełnie inną stronę. mianowicie obserwowała dziewczynę, która bezczeline wyciągała z kieszeni gości sakiewki. -czekaj!- krzyknęła- czy ty wiesz co robisz?- dziewczyna wzdrygnęła się i w stronę kobiety. ta patrzała na nią swymi wielkimi, zachodzącymi już bielmem oczyma. -hmm... chyba kradnę.- wzruszyła ramionami i wróciła do pracy. spokojnie, niespiesznie wyciągała jedną zdobycz za drugą. -matka w domu nie nauczyła cię szacunku? -nie mam matki.- odpowiedziała chłodno dziewczyna. -jak to?- cyganka popatrzyła na dziewczynę pytająco. -nie i już. nie ma, nie było, nie będzie. proste.- oczy dziwczyny nagle stały się mokre. jej brat chyba to wyczuł, zmienił tonację i ze skrzypiec wydobywały się jakieś smutne dzwięki, które w niczym już nie przypominały dawnej wesołości. niezmienia to jednak faktu, że były równie piękne, a ich czar nadal działał. -hmm... jeśli nie ona, to ja to zrobię. rakl'-eja! przestań grać! nagle muzyka zmilkła. w karczmie było całkiem cicho. wszyscy jakby właśnie się obudzili z jakiegoś pięknego snu, zaczęli się przeciągać i ziewać. -Jacqueline!- mały chłopiec podszedł do siostry i wręczył jej skrzypce.- to już koniec?- dziewczyna spojrzała na cygankę. -na dziś tak. a madame- zwróciła się do wróżbitki.- już dziękujemy.- i uśmiechnęła się przelotnie. potem chwyciła małą dłoń dziecka i ruszyła ku barmanowi. -combien?- odezwał się on grubym basem. -nie wiem. jeszcze nie liczyłam... zrobię to jutro rano. a teraz tak jak się umawialiśmy: wolny pokój, dwa łóżka i grzańce. mężczyzna poszedł z nimi do pokoju i zamknął drzwi. -poczekam tu do rana. już ja znam takich jak wy. zabiorą się najszybciej jak mogą i wszystko dla siebie zgarną.- odezwał się grubas tonem wielkiego znawcy kieszonkowców. -ależ oczywiście, proszę bardzo.- dziewczyna uśmiechnęła się kpiąco i ruszyła do łazienki. braciszek tym czasem chwycił za skrzypce i zaczął grać miłą kołysanę. po chwili na twarzy zauroczonego barmana wstąpił obłąkańczy uśmiech. Jacqueline wyszła z łazienki i popatrzyła na mężczyznę. -Adieu!- rzekła ironicznie i patrzała na leżącego na ziemi człowieka. rozległo się głośnie chrapanie.- Pierre, możesz przestać, on śpi. grajek kiwnął głową i posłusznie zapakował skrzypce. nagle ni stąd ni z owąd do pokoju wszedł rudy chłopak. ten sam, któremu cyganka wróżyła z dłoni i wypalił zdecydowanym tonem: -idę z wami. -joliment, nie tak szybko. jak masz na imię? -Charles. -kiedyś coś ostatnio zwinął, hm? -dzisiaj oszukałem pewną cygankę. dałem jej fałszywe pięć franków.- odrzekł chłopiec, niebez cienia dumy.
-idziemy.- zakomenderowała Jacqueline. wręczyła Charles'owi plecak, wzięła na plecy Pierr'a i ruszyli. -witaj fatalite!- krzknął Charles kiedy wychodzili z karczmy. 
skomentuj | (2)
zapach wolności... | aster | 2007-12-08 | 02:12:01 |
słońce chyliło się już ku zachodowi, świerszcz na swych małych skrzypeczkach gdzieś wśród łąk grał jakąś skoczną muzyczkę. było ciepło i dziewczyna, która siedziała na rozstajach dróg swą białą koszulę miała całą mokrą. nawet wpadła na szalony pomysł by ją ściągnąć, ale zaraz zrezygnowała. faktem fakt, że śni, ale nie będzie się obnażać, mimo wszystko niewypada. poczeka jeszcze trochę na tego na kogo czeka i... -dzień dobry Rozalio!- dziewczyna otworzyła oczy. Papilia. -a więc to tylko sen...- wiestchnęła cicho. -sen? co kochanie było tylko snem?- wróżka spojrzała z prawie niedostrzegalną obawą na twarzy. -Veludo. on był tylko snem. przerwałaś mi. nie spotkaliśmy się. znowu! dlaczego mi to robisz?! czy wy wszyscy czytacie w snach?! czy wiecie co myślę i co czuję?! co jest dla mnie dobre a co nie?! -zejdźmy już na dół. dzisiaj Pani Sybillidae chce znowu namalować twoją twarz. nie krzyw się, wiesz jak tego nie lubię. idziemy. dziewczyna gwałtownie usiadła na łóżku i niewidzącym wzrokiem spojrzała na przeciwległą ścianę. piękno w czystej postaci. jak wszędzie z resztą. i te zagadkowe kolory, z czego te ściany mogą być zrobione?... nagle padła na łoże i zaczęła się trząść. całe jej ciało przechodziły dreszcze. rozbolała ją głowa. zemdlała. - Veludo? och! to naprawdę ty!- dziewczyna niedowierzała swojemu szcześciu. nareszcie go spotkała! centaur uśmiechnął się dobrodusznie. -witaj Rozalio. przepraszam za te nidogodności związane z twoim przybyciem tutaj, ale sama chyba rozumiesz... inaczej się nie dało. tam nic ci nie będzie, a zanim ich czary zdążą cię obudzić, będę miał wystarczająco dużo czasu aby ci wszystko wyjaśnić. i...eee... zapraszam.- powiedział i zniżył się aby mogła spokojnie usiąść na jego karku. -a teraz trzymaj się mocno!- i z tymi słowy ruszył przed siebie po dróżce, w stronę znikającego za choryzontem słońca. -jak to "jej już tu nie ma"?!!!- zagrzmiała czarnowłosa kobieta o zębach wampirzycy i wzroku wygłodniałego wilka- znaleźć mi ją!!! -problem polega na tym, moja pani, że ona jest nieobecna tylko duchem...- nerwowo tłumaczyła wróżka- to Valudo! znowu porwał jedną z dziewcząt. -ach tak... Valudo... centaur, który poprzednim razem wszystko zepsuł?? no cóż... poczekamy aż się obudzi. puki co Papilio, idź zobacz co się tam dzieje... Rozalia siedziała teraz na zielonym dywanie wśród krzewów róż, nad nią wisiał śliczny, srebrny księżyc. jaśminowa herbata stojąca przed nią pachniała przyjemnie. centaur siedział obok niej. -...i zobaczyłem jedną z was po raz pierwszy. stała tak jak ty wtedy pod Wielkim Dębem i płakała. powiedziała, że się zgubiła, że szukała wolności. zabrałem ją tutaj. było was więcej. w końcu z waszych opowieści dowiedziałem się skąd przybywacie i... hmm... chyba stałem się głównym utrapieniem Sybillidae- uśmiechnął się pod nosem- postanowiłem pomóc. chodź, coś ci pokażę... szli teraz teraz w milczeniu polną drogą, dookoła panowała cisza i słychać było tylko ich kroki. nagle skręcili i dziewczyna to zobaczyła... otworzyła szeroko oczy ze zdumienia. - balon...-zdołała wykrztusić. przed nią naprawdę stał balon. wyglądał jakby był pozszywany ze szczątków przeróżnych materiałów. -zapraszam do środka- odrzekł jej na to Valudo wskazując na wiklinowy kosz u spodu balonu. Rozalia wsiadła niepewnie- a teraz żegnaj! miłej podróży! -ale ja... - o nic się nie martw! powodzenia!- centaur wyszeptał jakieś zaklęcie i balon ruszył w górę- niechaj cię gwiazdy strzegą moja droga! -jesteś wreszcie! martwiłyśmy się o ciebie.- Papilia rzeczywiście wyglądała na zmartwioną, za to kobieta, która wypowiedziała te słowa, nie.- mam na imię Necrosytres. jestem rzecznikiem praw piękna. -że co??- Rozalia spoglądała spode łba na tęgą kobietę, ubraną w obcisły, różowy, tweedowy żakiecik zastanawiając się co tu robi. -od dziś będę cię strzegła zamiast Papilii. nie uciekniesz nam już nigdzie i dzięki temu będziesz bezpieczna.- pstryknęła palcami i obok niej pojawiła się duża, srebrna klatka.- jeszcze tylko jeden szczegół...- rzeczniczka spojrzała z uśmieszkiem na Rozalię, ale ona w tym momencie zniknęła. 
skomentuj | (2)
ucieczka... | aster | 2007-12-01 | 00:34:00 |
ołowiane chmury ciężko wisiały nad miastem, niebo wyglądało jakby miało za chwilę spaść wszystkim na głowy. wszędzie panował nastrój refleksyjno-depresyjny. wśród brudnych pozostałości po wczorajszym śniegu i pośród zapachu spalin, szaro-bure uliczki powoli przemierzały istoty ludzkie. wszyscy ugięci pod ciężarem codzienności, nękani wieloma problemami. niezadowoleni z darów, jakie rzucił im los. nagle tą monotonię przerwał czyjś śmiech. ludzie zaczęli oglądać się niespokojnie, jakby najgorsze zło, szydziło z nich, gdzieś za rogiem. nie, nikogo nie zauważyli. wydawało im się... naraz jakaś dziewczyna wypadła zza rogu kamienicy i puściła się biegiem wzdłuż ulicy, szturchając przy tym pana w czarnym cylinrze. niezadowolony mężczyzna coś za nią krzyknął, ale jej już nie było. wbiegła już do lasu. "niech cię wilki pożrą"- mruknął pod wąsem mężczyzna i odszedł zdenerwowany. ale wilki chyba nie miały dziś wilczego apetytu, bo na polanie dziewczyna nikogo nie zastała. -na pewno chcesz to zrobić??- odezwał się cichutki głosik przy jej uchu. -oczywiście, Issori.- odparła lekko dziewczyna i uśmiechnęła się. -ale potem już nigdy nie będziesz taka sama. pamiętaj! już nigdy nie zobaczysz swoich bliskich. a jeśli to się stanie nie rozpoznasz ich. całkowicie zerwiesz ze swoim dotychczasowym życiem! - poradzę sobie. im też pewnie będzie lepiej beze mnie... a widzałaś tysiące tych nieszczęśników, którzy tu zostali?? oni też mieli taką szansę. nie wykorzystali jej. ja idę. NIE CHCĘ BYĆ TAKA JAK ONI! -ehh... Rozalio, gdybyś ty wiedziała jak tam jest... -otwórz wrota. - dziewczyna ucięła dyskusję. malutka, niebieskoskrzydła istotka na ramieniu Rozalii wyciągnęła z sakiewki mały, zielonkawy kamień. rzuciła go na środek polany, drzewa, które dotąd były spokojne, zaczęły groźnie szumieć i rozległ się śpiew. najpierw spokojny, z czasem coraz szybszy i głośniejszy, niósł się echem po całym lesie. wszystko wokół zaczęło wirować im przed oczyma. wzebrał się silny wiatr. ulewa. wszystkiemu towarzyszyła ta dziwaczna melodia. świat zaczął stopniowo niknąć i blednąć... dziewczynę rozbolała głowa, chciała coś krzyknąć, ale poczuła jak głos ugrzązł jej w gardle. mogła tylko patrzeć przerażona na to co się dzieje. deszcz chlastał mocno jej twarz. upadła. "Issori"-pomyślała- "Issori, gdzie jesteś?!". rozglądała się dookoła, ale przyjaciółki nigdzie nie było. zobaczyła tylko, że tam gdzie rzuciła kamień, zaczął wyłaniać się jakiś obraz... coś na kształt wielkiego domu. zamknęła oczy i poczuła jak się unosi. dookoła hulał wiatr i deszcz, a ona nagle zaczęła latać. "to nie możliwe"- pomyślała i straciła przytomność. kiedy się obudziła, poczuła woń pieczonego ciasta i miekkość poduszek, jakby pod nią było ich całe mnóstwo. otworzyła oczy. nad sobą ujrzała maleńką, skrzydlatą istotkę, która bacznie się jej przyglądała. -Issori?- zapytała sennie. -nie. mam na imię Papilia. jestem tu aby się tobą opiekować przez pewien czas. zapewne jesteś głodna?? choć!! tam na dole jest kuchnia.- nim Rozalia zdążyła cokolwiek powiedzieć, poczuła, że jakaś siła ciągnie ją za Papilią. wyszły z przytulnej sypialni. nie spodobało jej się to. "czy to ma być wolność, o której tyle mówiła mi Issori??"- zastanawiała się- "i gdzie ona jest?"... szły teraz wąskim korytarzem, mijając po drodze wiszące na czerownych ścianach portrety i obrazy. wszystko razem było pięknie, kolorystycznie skomponowane. całe pomieszczenie było jak jedno, wielkie, wspaniałe dzieło sztuki. ktoś, kto tam mieszkał, widocznie miał dużo pieniędzy albo też sam był artystą. korytarz był bardzo długi i zanim dotarli do kuchni (która okazała się przestronnym, czystym pomieszczeniem, ze ślicznym lampionem przyozdobionym fioletowymi liliami na suficie), minęli wiele drzwi ( ku zdziwieniu dziewczyny nie miały klamek). - witaj Rozalio- uciekinierka ujrzała siedzącą przy drewnianym stole kobietę, która patrzała na nią wielkimi, czarnymi oczyma. uśmiechała się miło i gościnnym gestem wskazała jej miejsce przy stole. kiedy tylko usiadła, jak za sprawą czarodziejskiej różdżki, przed nią pojawiły się przeróżne potrawy. było mięso, jakieś dziwne, nieznane jej dotąd owoce i warzywa, zabawne, pomarańczowo-fioletowe kulki, wielkości piłki palantowej i robaczki, które wyglądały jakby zrobiono je z czekolady. -przepraszam, która godzina??- zapytała odruchowo Rozalia. i zarumieniła się. niewiedzieć czemu, zawsze pytała o to przy posiłkach. -jedz.- kobieta zignorowała pytanie.- ja opowiem ci teraz trochę o miejscu, w którym się znajdujesz... - gdzie jest Issori??- wyrwało się dziewczynie. pytanie to nękało ją nieustannie. - ehh Issori... taak... wykonała już swoje zadanie. teraz nie jest potrzebna. nigdy już nie ujrzysz. -dlaczego?? co z nią?? gdzie ona jest??- Rozalia powoli traciła nad sobą panowanie. nie była do końca pewna czy dobrze zrobiła przybywając tutaj. -zadajesz za dużo pytań.- odpowiedziała chłodno.
skomentuj | (3)
talent | aster | 2007-11-28 | 00:02:58 |
delikatne włókna pędzla, sunęły pewnie po płótnie, pozostawiając za sobą barwne linie, plamki i spiralki. artysta- młody jeszcze mężczyzna z miedzianą kępką włosów na brodzie i twarzą naznaczoną drobnymi zmarszczkami- był całkowicie pochłonięty swoim nowym dziełem. być może dlatego też nie zauważył małej, filigranowej istotki, która majestatycznym krokiem właśnie weszła do jego pracowni. przypatrywała mu się po troszę zaciekawiona, po troszę też zniecierpliwiona. obserwowała jak mężczyzna miesza barwy na palecie, uzyskując piękny, akwamarynowy odcień. przyglądała się dłoni, która lekko trzęsąc się niezręcznie trzymała pędziel i prowadziła go uzyskując nie pożądany efekt (wiadome jej to było, ponieważ malarz zaklął cicho i zmarszczył mocno czoło). widziała też skupienie w jego oczach i słyszała zgrzyt zębów, kiedy po raz kolejny zmieszał barwę żółci i błękitu, nie dostawszy wyczekiwanego koloru. a kiedy malarz kichnął i strącił przy tym farbę (brunatną), która oczywiście nie omieszkała zabrudzić białego wdzianka istotki, chrząknęła głośno, będąc pewna, że artysta ją usłyszy. tak też się stało, właściciel miedzianej bródki zaczął gorączkowo rozglądać się po pokoju, jednak nie zobaczył nikogo i powrócił do przerwanej pracy. już chciał sięgnąć po nowy pędzel (wachlarzowy), kiedy nagle poczuł bolesne szczypanie. spojrzał na swoją kostkę i cóż ujrzał?? małe stworzonko z wielkimi oczami, przepełnionymi złością i z zabawnie poplamionym ubrankiem. -co my tu mamy??- powiedział przeciągle, uśmiechając się do siebie-witaj, przyjacielu.- stworzonko wzdrygnęło się na dźwięk tego głosu i w jego dłoniach pojawił się zapieczętowany pergamin. -"z rozkazu Najpiękinejszej Pani..."- zaczął czytać gość. -czekaj. wiem co będzie dalej...ale to nie moja wina... ja kocham to co robię, nie mogę przestać. byłem już rzeźbiarzem, grajkiem i śpiewakiem, tancerzem i modelem u madame Lukrecji... teraz jestem malarzem i nikt, ale to NIKT nie może mi zabronić tworzyć. -ale pan jest skazą na nieskalanym łonie Pani Sztuki. jest pan hańbą dla Niej, dla nas i... dla samego siebie. musi pan natychmiast z tym skończyć, inaczej Ona może umrzeć. nie zniesie pańskiego nieudacznictwa. była dość cierpliwa, ale teraz czara... -przepraszam!- krzyknął niespodziewanie rozjuszony mężczyzna- powiedz swojej Pani, że choćby nie wiem ile przysłała jeszcze swoich małych sług... -och, przepraszam bardzo, ja jestem dobrowolnym ochotnikiem!!- rzekła z mocą istotka i wysunęła wyżej podbródek. -nie ważne. powiedz Jej, że nie mam zamiaru rezygnować z mojej pasji. -ale kiedy Ona umrze, wszystkie Jej dzieci pójdą do grobu razem z Nią. czy pan nie rozumie?? będzie pan mordercą. najgorszym z najgorszych! nie może pan! -owszem mogę- zaoponował z lekkim wahaniem człowiek- a teraz odejdź. jestem zajęty. w tydzień po tych wydarzeniach prasa podała wiadomość o zagadkowej śmierci Hubertusa Ovo.
skomentuj | (5)
zimowa opowieść... | aster | 2007-11-17 | 01:05:16 |
cały świat tego popołudnia wyglądał jakby pogrążył się w długim, miłym śnie. było spokojnie i cicho, wiał delikatny, mroźny wietrzyk. nawet Czarni postanowili uciąć sobie drzemkę i z dziobami pod aksamitnymi skrzydłami, siedziały na wpół przykryte zimową pierzynką. w oddali słychać było kołysankę, w której rytm poruszały się drzewa w parku- odziane już w swoje białe stroje, kołysały się i tańczyły sennie... pod nimi, drogą przechadzały się dwie istoty. przemierzały niespiesznie park i rozmawiały przyjaźnie ze sobą, wyglądały na bardzo szczęśliwe. nagle białe gwiazdki zaczęły wyłaniać się z szaro-niebieskiej odchłani nad nimi i spadać bezgłośnie na ziemię. wtedy mniejsza z istot zapytała zachwycona: -ojej! Mamusiu, dlaczego puch leci z nieba??- niebieskooka brunetka spojrzała pytająco na kobietę w białej, puchatej czapce. kobieta zaśmiała się wesoło i już chciała odpowiedzieć gdy nagle zadzwonił telefon. kobieta puściła rękę dziecka i gorączkowo zaczęła szukać go w torebce. rozmawiała przez jakąś chwilę i podnosiła znacznie głos usilnie próbując coś wytłumaczyć. na koniec jednak zakończyła rozmowe z impetentem i zaklęła. -chodź! idziemy!- rzekła zła już jak osa i szarpnęła córeczkę z rękę. szły szybko, białe płatki chrzęściły im pod stopami. dziewczynka nic nie rozumiejąc, zamilkła. kobieta miała zaciętą minę i wyglądała jakby pogrążona była w innym świecie, ciągnęła za sobą osóbkę w błękitnym płaszczyku, zupełnie już o niej zapominając. śpiesznie minęła ostatnie drzewa i wyszła na śliską ulicę... i wtedy to się stało, nie stąd ni z owąd czyjeś szpony pochwyciły małą dziewczynkę i uniosły w górę. nie broniła się i nie krzyczała, coś tam w górze dawało jej poczucie bezpieczeństwa, wiedziała, że nic jej się nie stanie, jej matka zachowywała się podobnie. nie patrząc nawet na córkę szła dalej, nie zmieniając kroku. lecieli coraz wyżej i coraz dalej. ku zdziwieniu dziewczynki wcale nie było jej zimno i nie odczuwała dyskomfortu będąc w powietrzu. żal jej było tylko mamy, szła tam w dole taka samotna i nawet nie zauważyła jej zniknięcia. nagle poczuła, że stwór, który ją porwał zniża się do lądowania, zamknęła oczy. -witaj- usłyszała za sobą mroźny, lecz piękny głos. obróciła się za siebie z ujrzała bladą panienkę, która wyglądała jakby cała była zrobiona z kryształków lodu, tylko jej oczy lśniły cieplejszym blaskiem- czekałam na ciebie, Dalio. nie patrz tak na mnie zdziwiona... -skąd zna pani moje imię??- zapytała, lecz panienka tylko uśmiechnęła się tajemniczo i ignorując pytanie, rzekła: - za niedługo wróci mój ojciec, musimy się pospieszyć... a więc powiedz mi Dalio czego najbardziej pragniesz. Dziewczynka zastanawiała się chwilę, dwie chwile, trzy... w końcu powiedziała drżącym głosem, że chciałaby zawsze być szczęśliwa. wszystko zawirowało wokół, biel i niebo, śnieg, panienka... w mgnieniu oka Dalia zorientowała się, że jest znowu z mamą w parku. kobieta właśnie odpowiadała jej o roślinach, które idą spać w czasie pory zimowej, dziewczynka uśmiechnęła się i ścisnęła mocniej dłoń matki: - dziękuję- wyszeptała ze łzami w oczach. 
skomentuj | (5)
moja fobia w kilku słowach... | aster | 2007-11-10 | 21:02:55 |
niewysoki, wąsaty mężczyzna trzymał w dłoni czarny parasol, który w rytmie jego kroków stukał o mokry, od niedawnego deszczu, chodnik. jego wielki brzuch prawie rozrywał skórzany płaszcz, nawiasem mówiąc, był on stanowczo za krótki. połysiała głowa nerwowo obracała się we wszystkie strony, a małe, świńskie oczka miały oskarżycielskie spojrzenie. Ewa wzdrygnęła się na jego widok i odwróciła głowę w przeciwną stronę. zauważył ją, otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale zapaliło się zielone światło i dziewczyna zniknęła w fali przechodniów. zaczął rozglądać się gorączkowo. nagle znowu ujrzał jej biały kapelusik, zaczął przepychać się w tłumie, ludzie krzyczeli i mówili coś o braku kultury i złym wychowaniu, lecz on się tym nie przejmował- ważna była tylko ona. czując poruszenie ludzi, przyspieszyła kroku, skręciła w wąską uliczkę pomiędzy dwoma kamienicami i zbiegła z kamiennych schodków, za sobą słyszała kroki i ciężkie sapanie- nie dawał za wygraną. skręciła w lewo i puściła się biegiem wzdłuż wybrukowanej uliczki. czuła jak serce podchodzi jej od gardła, czarne obcasy głośno stukały o podłoże, jasne, długie włosy powiewały na wietrze... nagle dotknął jej ramienia, krzyknęła... -zgubiłaś kapelusz...- powiedział mężczyzna i uśmiechnął się pod wąsem...
skomentuj | (3)
zwyczajność... | aster | 2007-11-04 | 22:12:36 |
-przymknij oczy i popatrz na te lampy za oknem... powiedz co widzisz??- zapytała.
-lampy!- odparł jej z prostotą. otworzyła szeroko oczy ze zdziwienia i spojrzała na niego. zauważył to i trochę się speszył, przymknął powieki i zwrócił wzrok z powrotem na widok za oknem, przez dłuższą chwilę intensywnie przyglądał się lampom, ich światło delikatnie rozbijało się o jego rzęsy, wyglądało to tak jakby tysiące barwnych promyczków chciało dostać się do jego wnętrza i je oświetlić, tylko powieki je zatrzymywały, otworzył oczy - czekaj! nie, to nie są lampy, to światełka... iskry. albo nie... motyle z kolorowymi, cieniutkimi skrzydełkami muskające mnie po twarzy...- nagle zaczął się śmiać jak dziecko- popatrz! to gwiazdy! tysiące, złotych gwiazd! Amelio! czy ty to widzisz? jak uśmiechają się do nas i mrugają wesoło?? chcą się bawić. to niesamowite... Amelio, czy ty czarujesz??- tym razem dziewczyna się roześmiała. - nie, głuptasie- odpowiedziała swym dźwięcznym, tak miłym jego sercu głosem. chwyciła go za rękę i położyła głowę na jego ramieniu- to ty- uśmiechnęła się lekko i przymknęła oczy.
skomentuj | (3)
wolność, kołowrotek i czas... | aster | 2007-11-01 | 00:09:25 |
najpierw jedna cienka nitka, niezauważalna i delikatna, podobna do pajęczej- jedwabna... potem kolejna z nią połączona, już trwalsza, nieśmiało wynurzała się zza mglistej nicości... potem ich przybywa, jest ich coraz więcej, cieniutkie i lekkie, mocne i trwałe, łączą się, plączą, niszczą i rodzą..., upadają, lecz ktoś je podnosi i wypuszcza w ten niezwykły taniec- pytasz jak uciec od tych dziwnych zdarzeń?? od losu- szaleńca?? wyobraźni wariata?? pieśni idioty?? odjechać, odpłynąć, ulecieć, nie oglądając się do tyłu, nie wrócić, nie zatęsknić ni razu?? -powiedzieć "żegnajcie" i poprowadzić najdłuższą nić, z przymkniętymi powiekami linią ciągłą do śmierci... witajcie w tej baśni, czarodziejskiej i sennej, pełnej niedomówień i faktów stwierdzonych- dość zabawnych i głupich...
czy to nie dziwne?? to wszystko zdarzyć się miało... to wszystko dokądś prowadzi... tajemnica czy zagadka??
skomentuj | (3)
uśmiechać się... | aster | 2007-10-27 | 22:17:10 |
niska, filigranowa postać przemierzała drobnymi kroczkami kolorowe uliczki małego miasteczka. chude nóżki odziane w podkolanówki z kolorowymi paskami, zakończone zadużymi, czerwonymi bucikami z zadartymi do góry noskami dreptały po mokrym ,od wczorajszego deszczu, chodniku. szybko, nie oglądając się za siebie ni razu, mała dziewczynka w końcu zniknęła mi z pola widzenia. zniknęła to dobre słowo- była, a zaraz potem rozpłynęła się w powietrzu. ciekawe zjawisko... drugie moje spotkanie z niezwykłą dziewczynką, jak się okazało miało nadejść niebawem. otóż po tym dziwnym incydencie (bądź co bądź nie zawsze widuje się znikające w jasny dzień istotki), poszłam do domu. i kiedy zabrałam się do pisania tej notki znowu zobaczyłam właścicielkę czerwonych bucików. siedziała sobie bezczelnie w moim pokoiku, na mojej szafie i szczerzyła się do mnie błyskając niebezpiecznie białymi ząbkami. patrzałam na nią przez dłuższy czas oszołomiona nie mogąc wydobyć z siebie głosu. wtedy dziewczątko wyraźnie już zniecierpliwione powiedziało do mnie te słowa: - no czego się gapisz?? możesz już zamknąć usta!!- co jeszcze dodatkowo mnie onieśmieliło. dziewczynka widząc moje zmieszanie zaśmiała się krótko. w końcu postanowiłam wziąć się w garść, co jak co, ale to mój pokój i moja szafa, a jeśli mam mieć gości to niech przynajmniej pukają. -nie wysilaj się, słyszałam to!! -kim jesteś?- wyjąkałam w końcu. -nie poznajesz mnie??!!!- wyraźnie zdziwił się gość. pokiwałam przecząco głową, a jej w oczach stanęły łzy rozczarowania. patrzała na mnie smutno. potem jakby nagle coś ją tchnęło chwyciła mnie za rękę i wyszeptała: -chodź ze mną... i okno jak za sprawą czarów samo się otworzyło, poczułam nagle miły, dotąd mi obcy, brak grawitacji. leciałyśmy szybko, wiatr muskał nasze twarze, dziewczynka nagle mnie puściła i poczułam, że spadam. w dół, coraz niżej i niżej, ogarnęła mnie panika, świadomość tego, że jutro będę tylko wspomnieniem była okropna, myślałam o mojej rodzinie, przyjaciołach, o tym jak krótkie było moje życie i jaką byłam ignorantką, że nie doceniałam jego wartości... zamknęłam oczy... -żegnaj świecie!!- wydałam z siebie dramatyczny okrzyk. -mam na imię Aida- usłyszałam za sobą ciepły głos i poczułam, że leżę na czymś twardym, wokół mnie panował półmrok, spojrzałam w górę i ujrzałam wielką, czerwoną kulę, którą otulały szaro-białe chmurki... -Aido, gdzie my jesteśmy?- zapytałam. -w moim domu...-powiedziała cicho. wstałam i rozejrzałam się dookoła. z prawej strony zobaczyłam szczyty drzew, dalej również majaczyły lasy, dalej srebrzyste pasmo rzeki... -tak, to tu mieszkam. nadal mnie nie pamiętasz? dziwne, ja znam cię bardzo dobrze. przychodzisz tutaj bardzo często i nigdy nie jesteś sama. śmiejesz się, krzyczysz, czasem nawet skaczesz zabawnie, mówiąc, że masz dosyć grawitacji. wymachujesz rękoma jakbyś miała skrzydła..- zachichotała -jestem duszkiem tej góry i chciałam... chciałam cię o coś zapytać...- powiedziała cichutko. -tak??- zapytałam równie cicho. -dlaczego ty się ciągle uśmiechasz?? -hmm... wiesz Aido, może to przez ciebie... kiedy tutaj jestem, jestem bliżej marzeń, bliżej szczęścia. nagle wszystko staje się możliwe...
ps.: naprawił się blog wkońcu!! bardzo się cieszę (choć nie powiem żebym jakoś szczególnie tęskniła;) notka jest właściwie o Górze śmietnikowej (pozdr. dla Estery i wszystkich, którzy wiedzą o co chodzi).
skomentuj | (4)
szansa... | aster | 2007-10-01 | 20:53:58 |
-hop, hop!! jest tu ktoś?!! - hop, hop!! jest tu ktoś?!!- odpowiedziało jej echo i ostatni promyk nadziei zgasł. "sama"- to słowo nie dawało jej spokoju i obijało jej się boleśnie po głowie. przyjaciele, rodzina, znajomi i nieznajomi- wszyscy nagle zniknęli, nagle rozpłynęli się i nic już po nich nie zostało prócz wspomnień. tamtego dnia w nadmorskiej wiosce ludzie zgromadzili się, jak co tydzień, pod młodą brzózką, usiedli na soczystej, zielonej, zadbanej trawie, jedni zaczęli rozmawiać, inni rozpalili ognisko i zgromadzeni przy ogniu zaczęli śpiewać, kobiety tańczyły. wszyscy się śmiali i radowali. nikt nie siedział na uboczu i nie był smutny. wszyscy radośni i zadowoleni, bowiem życie jakie prowadzili było szczęśliwe i spokojne. i wtedy, widząc to szczęście, szalony staruszek podniósł się ociężale z ziemii, a ludzie, ponieważ nauczeni byli szacunku dla starszych, jak jeden mąż zamilkli. - ludzie!!- przemówił stary- czy myślicie, że zawsze bedziecie tak jak teraz zjednoczeni?? czy myślicie, że nie ma wśród was ziaren niezgody?? czy nie widzicie zła, które jest wśród was??
- ale przecież od lat nikt nie przejawiał jego choć odrobinę!! jesteśmy szczęśliwi razem!! czy ty, starcze myślisz, iż wśród nas jest zdrajca??- odezwał się głos z tłumu. tak- powiedział mężczyzna- wiem, że...- nie dokończył i upadł na ziemię. kilka dni po pogrzebie zaczęły się dziać dziwne rzeczy. najpierw piekarz odmówił pieczenia chleba dla stolarza, ponieważ mógłby przysiądz, że widział zło w jego oczach. następnie krawcowa stwierdziła, iż murarz przytył dwa kilo i musi schudnać, bo nie ma na tyle materiału aby uszyć mu odpowiedni frak na wesele. tego typu problemów przybywało z dnia na dzień. potem młodziutka kwiaciarka powiedziała, że jej robota jest cięższa niż praca pisarza i od dziś nie będzie pracować, w ślad za nią podążyło więcej osób i wszystkie stwierdziły, że ich praca jest najcięższa. zapanował chaos. problemów przybywało, ludzie się buntowali i nie było już zgody między nimi. przyszedł kolejny tydzień i ludzie znowu zgromadzili się pod brzózką, lecz zamiast, tak jak kiedyś, cieszyć się swoja obecnością zaczęli się kłócić. niezgoda panowała nad nimi i ciemne chmury zakryły jasne dotąd niebo. ktoś podpalił młodą brzózkę... milczała tylko mała dzewczynka i zamiast razem z innymi rzucić się w krzykliwy wir siedziała na uboczu, wyglądała na bardzo zamyśloną. tkwiła tak bardzo długo, siedząc na pniu i wpatrując się i palącą się brzózkę. ale nagle stanęła na pieńku i wydała z siebie głośny, przeraźliwy wrzask. przerażeni ludzie zamilkli i spojrzeli zlęknieni na dziecko. - bogowie się gniewają- rzekła cienkim głosikiem- czy tego nie wiecie?? czy nie zauważyliście, że starzec zasiał ziarno niezgody?? zło było w każdym z was- zaczęła płakać- ale to od was zależało czy chcecie aby wydostało się na zewnątrz!! ludzie zaczęli coś mruczeć pod nosem i nagle jakby ich odczarowano- zaczęli rzucać się sobie w ramiona i przepraszać. dziewczynka zaś poszła nad morze i spojrzała w jego głębie, a potem szczęśliwa i wdzięczna odeszła w stronę wioski.
i tylko od Was zależy czy chcecie aby to co złe wydało plony i tylko od Was zależy czy zobaczycie to co ujrzała mała dziewczynka. bo macie wybór i nie zaprzepaśćcie go!!
skomentuj | (6)
urocza wizja... | aster | 2007-09-23 | 21:03:59 |
"i zaczyna padać deszcz, ale cóż- bywa, trzeba. i wszystko wiruje objęte szałem i skacze przed oczyma tysiące obrazów, na których tysiące zdarzeń przebywa i wszystko to pod strumieniem deszczu rozmywa się i znika... ale Ty nie znikasz, ciągle jesteś, zamyślony, nadal piękny i ciekawy, Twoje oczy- jak je nazwę, albo Ciebie?? kim Ty jesteś?? zawsze odchodzisz TAM gdzie mój wzrok nie dochodzi, moja miłość się tam nie liczy, nie ma tam czasu, nie ma tam krzyku ani uporczywych telefonów... w snach mam Ciebie, jestem Twoją. przychodzi świt i znikasz, rozpływasz się widząc pierwsze stróżki światła wpadające w moją duszę. mogłabym Cię nazwać Mrocznym Gościem, Czarnym Kochankiem, Rycerzem Nocy, lecz jesteś przecież Uciekinierem- tak jak ja. i wiem, iż to nie tylko moja wyobraźnia mówi o Tobie, bo mówią też gwiazdy-zdradzieckie i piosenki , które śpiewa Matka-Księżyc, a to sprawia, że powracasz i nie jesteś wolny, bo masz mnie, a ja nigdy nie będę wolna, bo mam Ciebie, więc jesteśmy niewolnikami- na zawsze. och, jakże mi przykro- mówię ironicznie..."
skomentuj | (9)
szaleństwo... | aster | 2007-09-19 | 23:45:39 |
z pod na wpół przymkniętych, blado-błękitnych powiek, oprawionych w długie, jasne rzęsy, spoglądało na świat urodziwe dziewczątko lat niespełna trzynastu, na ustach zawsze widniał ten sam obłąkańczy uśmiech, a głowa, okalona piękną kaskadą złotych loków, zawsze zdawała się być lekko skierowana ku górze. dnia pewnego, w noc ciemną i ponurą, na ziemię z księżyca zszedł po drabinie, stojącą w poświacie księżycowej zabawny człowiek- nieczłowiek, w poważnym cylindrze na głowie i idealnie dopasowanym fraku. bosymi stopy dotknął podłoża, zrobił kilka kroków i potknął się o wystający korzeń -trzymana przez niego czarna parasolka uchroniła go od upadku, rozłożył ją nad cylindrem i z miną osoby spełniającą swoją powinność, nawiasem mówiąc: zupełnie nie pasującej do tej postaci, ruszył w stronę domu dziewczynki. stojąc w białej koszuli nocnej, blada i zmarznięta, wyglądała niczym zjawa. czekała z zaciśniętymi ustami na przyjście niezwykłego gościa, w dłoni trzymała już nieco zniszczoną, irytującą, małą, aksamitną parasolkę (fioletową w zielone grochy), a kiedy ujrzała przybysza na horyzoncie wiedziała, iż nie ma już odwrotu. -witaj...- rzekła bez entuzjazmu, a on wyciągną tylko do niej rękę i... nie, nie do niej, do parasolki, którą już niebawem pochwycił w swoją bladą, połprzeźroczystą dłoń, jej zostawił tylko wspomnienie przepraszającego uśmiechu i poczucie pustki. "dlaczego??"- to pytanie dręczyło ją przez cały czas, przecież parasolkę kupiła za swoje złote monety, dlaczego przyszedł ten człowiek i jej ją odebrał?? jedyną, najlepszą towarzyszkę?? najpiękniejszą przyjaciółkę?? zapłakana rzuciła się na łóżko i zasnęła. śnił jej się pan w cylindrze krzyczący po niej, że ma oddać to co nie jej, że sobie nie zasłużyła... po przebudzeniu ujrzała w kącie starą znajomą, aksamitną parasolkę, irracjonalną, fioletową w zielone kropki, a obok uśmiechniętą, siedzącą dziewczynkę... 
przepraszam za tak długą przerwę, ale nie było za bardzo czasu...
skomentuj | (2)
język kwiatów... (notka zmieniona, ponieważ przydało się tu tchnąć trochę optymizmem) | aster | 2007-09-08 | 00:41:11 |
tak bardzo tego pragnęła, prosiła księżyc aby to się dokonało, płakała całą noc, a myśli miała zaprzątnięte tylko tym jednym, najważniejszym, upragnionym marzeniem. marzenie się spełniło: to co było zepsuło się, zniszczyło, za niedługo więź łącząca dwoje ludzi pęknie, nie będzie już nic. koniec. bez skrupułów patrzała jak ostatni promyk nadziei gaśnie w jego oczach. zachłannie czekała na jego przyjście, na uśmiech jej podarowany. nie doceniła jednakże uczucia jakie on żywił do dziewczyny, nie znała siły miłości, nigdy nie kochała, choć wielokrotnie była zazdrosna.więc kiedy przyszedł długo wyczekiwany moment nie zrozumiała dlaczego w oczach chłopca pojawiły się łzy, dlaczego dziewczyna odchodzi tak smutna, nie zrozumiała też dlaczego nie jest szczęśliwa, przecież spełniło się jej marzenie...

kilkanaście chwil później prosiła pewną gwiazdę o wskazanie drogi do bezwzględnej Mądrości, która powie jej, którędy dalej podążać; i zdarzyło się tak, iż dziewuszka wsiadła do małej szaro-białej łodzi, chwyciła za wiosła i drogą mleczną podążyła w ślad za gwiazdą. przepłynęła tysiące samotnych czasów i minęła cudowne, nieistniejące błonia błogiej nieświadomości, aby wśród czerwieni odkryć Mądrość -bezwzględną Panią, okrutną Władczynię ludzkiej duszy. na klęczkach błagała ją o długi sen, o zapomnienie, w którym byłaby bezpieczna- miała nadzieję, że to wyleczy ją z błędów, które popełniła. Mądrość zaśmiała się donośnym, starczym głosem, potem popatrzyła na nią poważnie, delikatnie trzymając w dłoniach mały kwiatuszek. -nie- powiedziała- nie sen ci tu pomoże, sen to zdradziecki sprzymierzeniec. proszę- rzekła podając jej fiołek. jeśli za kilka bezsennych chwil, które miną w czasie pory letniej ten kwiat będzie nadal żywy i równie piękny, będziesz mogła wyjawić swój sekret, jednakże jeśli...-urwała w pół zdania i zamilkła na chwilę jakby się nad czymś zastanawiała- teraz moja droga żegnaj, jestem zmęczona twoją obecnością.- to mówiąc odeszła. dziewczyna popatrzała na kwiat, przycisnęła go mocno do serca i pocałowała gorąco. -żegnaj- zawołała za Mądrością i pognała co sił w nogach w dalszą Podróż Życia.
skomentuj | (5)
niebo na ziemii... | aster | 2007-09-01 | 23:01:28 |
ładne, kształtne, miękkie usta, pomalowane krwistoczerwoną szminką rozchyliły się jakby chcąc pocałować promyk słońca, który właśnie przebił na wskroś powietrze przed nimi. wypielęgnowana dłoń, z długimi palcami i paznokciami w kolorze brązowym, była ułożona w nieznacznej odległości od, troszkę zbytnio, wysuniętego, kobiecego podbródka i obrócona "otwartą stroną" do góry, na której leżało małe, białe niczym świeży śnieg, piórko. po chwili owe cudeńko poleciało ku górze i porwał je wiatr. leciało coraz wyżej i wyżej, coraz dalej i dalej, podziwiało piękne widoki, które widziało tu, na ziemii: długie, niebieskie wstążeczki, kolorowe kropeczki, wielkie, rozłożyste zielone prostokąty i szare esy-floresy niedaleko nich, po których mknęły co sił dziwne, różno-barwne elipsy. piórko leciało coraz dalej wirowało w powietrzu, wiatr bawił się z nim, spadało co raz niżej, na lewo, na prawo i znowu ku górze, ciepłe promienie słońca delikatnie je muskały, pieściły i ogrzewały. czasem zdarzało się, iż piórko topiło się na chwilę w chmurach, radowało się, będąc w tak miłej gościnie. wszystko było tak cudowne i piękne, piórko czuło się lekkie jak nigdy dotąd... i nagle zaczął padać deszcz, nie był to jeden z tych okrutnych deszczy, które kiedy tylko się pojawią zaczynają siać zgrozę i zniszczenie, to był raczej letni deszczyk, ale on wystarczył aby wraz z kroplami zeszło na ziemię i piórko. wylądowało miękko w małej kałuży pod moim blokowiskiem i pocieszało się jedną myslą, iż "nawet najmniejsza kałuża odbija niebo".
skomentuj | (3)
troszkę inaczej niż zwykle czyli zwięzła refleksja na temat dobrze znany... | aster | 2007-08-27 | 23:08:53 |
świat- wytwór chorej wyobraźni szaleńca. bezsens owładnięty przyprawiającą o mdłości pogonią za abstrakcyjną wolnością, którą rzekomo zyskuje się dzięki dużej ilości małych, pogiętych karteluszków z podobiznami niegdyś ważnych jegomościów. Miłość traci na znaczeniu kiedy w "grę" wchodzą pieniądze czyli to co "najważniejsze, jedyne, święte". mój Tata powtarza codzień, że o to w życiu chodzi, o te papierki, za którymi będę się uganiać przez całe życie w pocie czoła. tak, właśnie, nie będzie się liczyć nic prócz nich, nie liczy się człowiek lecz pieniądz, wartość człowieka zależy od tego ile ma ich na koncie. jaki to ma sens?? przecież i tak umrzemy, przecież i tak wszystko stracimy, przecież i tak papierki spalą się w ogniu wieczności...- czyż to nie krzepiąca myśl?? co się wtedy stanie z Miłością- przetrwa, Ona jest wieczna!!
chyba ps.: teraz Wasza kolej;)
skomentuj | (5)
zaklęte w Parasolce... | aster | 2007-08-20 | 00:42:21 |
mała, irracjonalna, aksamitna Parasolka, fioletowa w zielone kropki -właśnie o tym marzyła urocza Dziewuszka stojąca przed wystawą sklepową, na której to pierwszy raz ujrzała owe cudo. niestety Jej skórzaną sakiewkę wypełniała tylko jedna, miedziana moneta. poranione, bose stópki poruszały się wolno po wybrukowanej drodze, wiatr targał jasną czupryną, z nieba zaczął padać deszcz. Dziewczynka usiadła, krzyżując nogi, obok starej latarni i przysłoniła twarz szczuplutkimi dłońmi, zamknęła oczy... a gdy zapadła noc wzbiła się wysoko i tańczyła wraz z parasolką na Księżycu, Jej smutki były obok, zamknięte w złotej klatce, śmiała się dźwięcznie i donośnie, nareszcie była szczęśliwa, jednak z oddali usłyszała równomierny stukot, otworzyła oczy i ujrzała niewysoką, wielkooką osóbkę ze szpiczastymi uszami, dziewczynkę w kaszmirowej, pąsowej sukni dzierżącą w dłoni złotą rączkę...- twarz Małej Marzycielki spochmurniała- to była Jej Parasolka!! poczuła się jakby coś ciężkiego uderzyło Ją w głowę, świat wokół Niej nagle zaczął wirować, wszystko stawało się groteskowe i bezkształtne, potem zaczęło zanikać, nie było już nic, tylko wielki, biały księżyc i fioletowa Parasolka w zielone kropki... zaczęła grać muzyka i Anioł podał Jej swą dłoń. 
po prostu Ktoś kazał mi to opowiedzieć...
skomentuj | (4)
lewitujący Bałtyk i rozdzierająca tęsknota... | aster | 2007-08-17 | 23:49:46 |
wielkie, kryształowe łzy- słone jak woda w Bałtyku. głośny, rozdzierający krzyk- głośniejszy niż krzyk mewy. "to koniec"- myślę i widzę pociąg, który przyjeżdża na stację. wysypują się z niego tysiące obcych mi ludzi, a wchodzą weń ludzie dobrze mi znani. przepycham się między nimi, mając świadomość, że razem jesteśmy po raz ostatni, że to ostatnia droga, że już więcej się nie spotkamy, że to koniec. potem już tylko ostatnie rozmowy, wspólny śmiech, dodawanie sobie nawzajem otuchy... zasnęliśmy razem, trzymając się za ręce, to było dla mnie ważne, to było dla mnie jak Przysięga, że nasza Przyjaźń przetrwa wszystko, bo Oni są dla mnie jak powietrze, potrzebuję Ich, kocham Ich całym sercem- nie wiem jak przeżyję ten rok, jak przeżyję ten dzień, tą chwilę... będzie ciężko, ale wierzę, w to, że sobie poradzimy, że przyjdzie jeszcze taki dzień kiedy znów będziemy mogli sobie wpaść w ramiona i powiedzieć: "witaj", a wtedy nasze oczy zamigoczą radośnie i znowu będzie tak jak dawniej- wspólny śmiech, płacz, rozmowy o wszystkim co piękne i ważne i o głupotach, nic nie znaczących... znowu mi pożyczycie sweterek, znowu założę kapelusik, będzie jak dawniej... widzę przed oczami ten obraz, stoi przedemną: jest mp3 i latareczka, jest zapadnięta kanadyjka i "sąsiadka" z ciężką ręką i... jesteśmy my. a dzisiaj o trzeciej... było tak miło, dziękuję!!!
ps.: wróciłam, tam naprawdę było uroczo i za Wami nie tęskniłam, bo Was praktycznie nie znam;P pozdr.
skomentuj | (4)
Panie i Panowie!! | aster | 2007-07-28 | 18:17:22 |
Proszę wejść, ściągnąć przemoknięte płaszcze i powiesić na wieszakach obok ognia, bez słów usiąść przy stoliku i zamówić coś do picia (polecam gorącą czekoladę, która rozgrzeje Wasze zlodowaciałe serca)... spójrzcie na scenę, tamta osóbka w błękitnej sukience z cekinami to ja, mam Wam coś do powiedzenia więc słuchajcie mnie uważnie i nie zwracajcie uwagi na przyniesioną Wam czekoladę (oczywiście możecie powiedzieć krótkie "dziękuję")... -otóż jadę, nie wiem kiedy wrócę, żegnam tymczasowo, powodzenia Wszystkim we wszystkim w i każdym czasie, miejscu i przestrzeni. teraz dopijcie smaczny, gorący płyn, który już sączycie i jazda stąd!!
jadę nad morze!! pozdrawiam cieplutko Wszystkich i jeśli chcecie dać komentarz do której kolwiek z notek to bardzo proszę i z góry dziękuję.
skomentuj | (4)
Dobra Wróżba... | aster | 2007-07-28 | 02:15:15 |
niedawno rozpalone Ognisko paliło się wśrodku Lasu, jasne płomienie nadaremnie próbowały ogrzać zimne, niedostępne Niebiosa, wysyłały nawet tam swoich posłańców, lecz Iskry zachwycone podarowaną Im wolnością wystrzeliły w górę z taką prędkością, że Wiatr, który napotkały na swojej drodze nie oszczędził ich i zgasił jednym podmuchem. polana otoczone ogniem trzaskały wesoło, chociaż wiedziały, że nie ujrzą już światła dziennego w sposób inny niż tylko ten, który sprezentował im człowiek, ten sam, który siedział teraz przy nich i intensywnie wsłuchiwał się w Dźwięki Ciszy. wśród traw dawały swój koncert Cykady, jedne grały ładniej, drugie jeszcze piękniej... gdzieniegnie jakaś Sowa pohukiwała groźnie, czekając na swą ofiarę, mała mysz szeleściła obierając małe ziarenko, jakiś zdyszany szarak biegł co sił, próbując uniknać tego co i tak było już przesądzone... człowiek siedział nieruchomy, utkwił niewidzialny wzrok w płomieniach, posiedział tak przez chwilę lub dwie, potem wstał i wyciągnął z sakiewki, którą trzymał przy pasie, pomarańczowy proszek i rzucił go w Ognisko. nagle z dymu zaczęła wyjawiać się postać jakiegoś kwiatu, człowiek przez chwilę patrzał w niego jakby się nad czymś zastanawiając, potem wykonał dziwny, skomplikowany ruch ręką i kwiat zniknął. "Jarzębina... a więdz Zgoda!! Chwała Najwyższemu"- pomyślał i z lekkim sercem poszedł spać- Przywódca Rycerzy w służbie Mlecznej Drogi...
skomentuj | (0)
przemijanie, paradoksy, niewyobrażalna, wypełniona po brzegi pustka i mój szyderczy, kpiący uśmiech | aster | 2007-07-21 | 01:43:10 |
znów kolejny dzień minął, jeszcze się nie skończył, już zaczął się nowy, uciekam od rzeczywistości, uciekam od rzeczy prawdziwych, biegnę na oślep i gdy otwieram oczy stoję w miejscu, okazuje się, że nie ma dokąd uciec, że ucieczka jest niemożliwa, chociaż konieczna. łez już nie czuję, nie istnieją, nawet nie pamiętam jakie to uczucie mieć łzy w oczach... Marzenia- coś co ma dla mnie największe znaczenie próbują zastąpić nowe priorytety, przychodzą jak nieproszeni goście, a ja jestem zbyt kulturalna aby ich wyprosić. ktoś zamknął mnie w kolorowej klatce szarej rzeczywistości, ktoś nie chce abym marzyła, abym śniła o Aniołach, abym śmiała się Niebiosom w twarz, ktoś chce abym dorosła, ktoś wymalował mi zmartwienia na twarzy, podciął skrzydła i tysiące nieistotnych nieszczęść wpuścił do świadomości,ktoś szepta mi do ucha: "beztroska nigdy nie istniała, zawsze były złudzenia, chwile Wolności i prawdziwego Szczęścia- to nieistotne!!". samotność wypala w moich oczach blask. za mną, przede mną i obok mnie widzę tylko miotłę i "moje" dzieci, głaz odpowiedzialności przygniata mnie, nie umiem swobodnie oddychać... och, Królowo Nocy dziękuję, że istnieje jeszcze ta pora kiedy wszystkich sen obezwładnia, a rzeczywistość nie istnieje, kocham to gwieździste, wszechobecne Niebo i Wielki, Piękny Księżyc, tęsknie za Nim cały dzień...w Jego blasku jestem prawdziwa.
 więc niech trwa Miłość,Wiara, Nadzieja, a ja będę mała nadzieję w wieczną wiarę w Marzenia, które miłuję!! ps.: ja się jeszcze nie poddałam!! za niedługo skrzydła odrosną i znajdę też złoty kluczyk, który otworzy klatkę!! za niedługo będę znowu WOLNA!! ktoś kto mnie zniewolił nigdy mnie już nie ujrzy jako nieszczęsnego więźnia sztucznego świata dorosłości!! ja żyję, będę WOLNA!!
skomentuj | (1)
piękno bezsennej Nocy... | aster | 2007-07-11 | 23:50:59 |
i tak pośród Gwiazd tańczącząc w sukni z mgieł, nad głową i pod stopami mając odchłań czerni niezgłębionej, we włosach Wiatr, a w nozdrzach zapach igieł sosnowych i morskiej wody, bała się, bała się Jego wzroku, Jego palca, który wskazywał jej postać, zazdrości na Jego twarzy i ciekawości w Jego oczach, bała się, że także On marzy... że i On zatańczy w przestworzach. Przestrzeń zawsze była jej, Wolność zawsze była jej, Szczęście zawsze mieszkało w jej sercu, myśl o tym, iż jakiś człowiek mógłby zawirować walca u jej boku ją przerażała... - Matko!!- zawołała drżącym głosem- pomóż mi!! nie widziałam byłyskawicy, usłyszałam tylko huk i na ścieżce ujrzałam leżącego człowieka, podeszłam bliżej- nie żył, zaczął padać deszcz... 
ps.: Kwiat nie umarł, korzenie idą coraz głębiej...
skomentuj | (7)
pamiętasz jeszcze las, rzekę i wianki z paproci?? | aster | 2007-07-08 | 01:22:54 |
"nie odchodź Przyjacielu!! jeszcze nie czas, nie miejsce na to, poczekaj jeszcze rok, dwa... nie odchodź!! potrzebuję Cię- czy Ty mnie też potrzebujesz?? kocham Cię moja Bratnia Duszo- czy Ty mnie też kochasz?? czy to co razem przeszliśmy to była tylko nasza zabawa, czy to nie miało większego znaczenia dla Ciebie?? czy tylko udawałeś, Przyjacielu, naszą Przyjaźń?? nie chcę aby ten Kwiat umarł, czym On zawinił?? On chce żyć!! nie opuszczaj mnie Przyjacielu!! czy ja byłam dla Ciebie jak Lis z "Małego Księcia"?? moja wierność jest dla Ciebie tylko kolejnym doświadczeniem?? czy tylko wsiadłam do Twojego przedziału, usiadłam obok Ciebie, porozmawiałam i wyszłam bez pożegnania?? cieszę się, że jesteś szczęśliwy, cieszę się, że jesteś blisko odnaleźenia swojego miejsca na Ziemii, cieszę się, że pomimo nieszczęść i cierpień umiesz się tak ładnie i szczerze uśmiechać. nie wierzę już tylko w to, że możesz popatrzeć w moje oczy i powiedzieć bez słów, że wszystko będzie dobrze"- kiedy to pisała Jej twarz przeszywał wyraz ogromnego smutku i nieopisanego bólu, tak bardzo Jej Przyjaciela brakowało, chciała znowu być Jego częścią tak jak On był Jej, nie chciała aby wszystko się skończyło. w Jej sercu migotała jednak jakaś iskierka, Iskierka-Nadzieja.  ps.: notka to nie tylko moje urojenia na temat jakiejś tam dziewuszki. ps2.: nareszcie mój blog zaczyna się od prawidłowej "pierwszej notki" ps3.: wszystkie notki są moje, wypisy z literatury i podkradanie pomysłów uprzednio albo w "ps" Was o tym nie informując to nie w moim stylu. Dziękuję:)
skomentuj | (5)
spacer ze Złem... | aster | 2007-06-25 | 23:25:47 |
Ciemnymi Uliczkami Wiecznego Potępienia przechadza się Zło, stąpa bezgłośnie po wybrukowanej drodze, czarna peleryna powiewa złowieszczo na wietrze, oczy błądzą jakby szukały czegoś... na białej twarzy pojawia się nagle czarna łza, płynie powoli w nieznanym kierunku... Zło spuszcza głowę, ukrywa twarz pod wielkim, czarnym kapturem. Ono tęskni, skazane na wieczny ogień samotności, pomimo, iż ma cały świat, tęskni do Gromady, smutek i cierpienie pali go, lecz Ono nie umiera, skazane zostało na wieczną tułaczkę, na wieczne poszukiwania, nieszczęśliwe, samotne Zło. -nie jestem Zły-mówi- ja jestem Złem. częścią was, przygarnijcie mnie!! dlaczego patrzycie na mnie z pogardą?? skąd to obrzydzenie?? gdyby nie ja... gdyby nie Ono, Dobro utraciło by swą moc, straciło swój sens na tym świecie, dzięku Złu mamy wybór: Dobro lub Zło, gdyby istniało tylko Dobro, nie wiedzielibyśmy czy jesteśmy dobrzy, ponieważ nie wiedzielibyśmy, że istnieje inna możliwość- Zło. żylibyśmy w ciągłej Światłości, do głowy by nam nie przyszło istnienie Mroku, Bóg dał nam wolny wybór, musimy z tego skorzystać i wybrać dobrze. tu nasuwa się pytanie: skąd się wzięło Zło?? mój tok rozumowania, który odpowiada na to pytanie jest wręcz bluźnierczy, dlategóż właśnie nie ujawnię go. 
skomentuj | (4)
notka utkana z wyrzutów sumienia... | aster | 2007-06-12 | 19:29:44 |
na łące, w ogrodzie, na parapecie, w szklarni, na drzewach, krzewach i w donicach...dzięki nim swiat jest barwniejszy, ciekawszy, piękniejszy... kwiaty wierzą w reinkarnację, małe stokrotki umierają pełne wiary w to, że gdy się odrodzą będą pięknymi różami, a lilie, że gdy umrą ich dusza zamieszka w ciele motyla, każdy kwiat o czymś marzy, każdy kwiat o czymś śni, to nie tak, że one są martwe i tylko stoją, i czekają na to co nieuniknione, to nie tak, że możemy je bezkarnie zrywać i skracać ich żywot, przybliżać im starość i wywalać do śmietnika gdy będą już "nie takie". ich zapach i uśmiech, ich wolność- to nie należy do nas, kwiaty są po to żeby nimi się zachwycać, ale nie po to żeby je zniewalać i niszczyć. kwiaty mają uczucia, kwiaty kochają, kwiaty swym śpiewem oplatają cały świat. kwiaty to poezja życia, szanujmy ją i miłujmy:) ps.: moje oczy ciągle błądzą w poszukiwaniu Twojego spojrzenia... kocham... (znowu nie znalazłam innego słowa^^")
skomentuj | (3)
cuda, dziwy... | aster | 2007-06-07 | 01:34:49 |
kiedy spojrzysz tam, ku górze, może dojrzysz nieba bramy, bo czasem dzieciom ziemii przypada ten zaszczyt. dziś były otwarte, piękne, wielkie i słoneczne, widziałam wyraźnie, wspaniały był to widok, zaparł dech w piersiach, a oczy zaszły łzami. wychodziła przez bramę Skrzydlata Istota, cała w bieli i czystości, spokojna i pewna, poruszała się z niezwykłym wdziękiem i gracją, płynęła w powietrzu, a na Jej ustach widniał lekki (prawie niedostrzegalny) uśmiech. schodziła po przezroczystych schodach, niespiesząc się, a nawet ociągając. gdy dotarła na ziemię uśmiech rozpłynął się w nicość, a miast tego na twarzy pojawił się grymas bólu, Skrzydlate Istoty chyba nie powinny przebywać na ziemii, Jej skrzydła jakby pociemniały i teraz już nie były anielsko białe, ale jakby poszarzałe i brudne, Istota już nie płynęła, lecz szła, a Jej stopy (najwyraźniej nieprzyzwyczajone do chodzenia po ziemii) zaczęły pozostawiać krwiste ślady. powinnam była zapewne odwrócić wzrok i odejść, ale nie umiałam oderwać od Niej wzroku, byłam też ciekawa co mieszkaniec niebios robi tu na ziemii. nim się obejrzałam Skrzydlata Istota znikła, szłam więc za śladami, (wyraźnie zmierzała w stronę lasu), nagle usłyszałam cichy, stłumiony szloch, skryłam się za drzewem, dostrzegłam Ją i nie dowierzałam własnym oczom: Skrzydlata Istota, już nie była skrzydlata, już nie biła od Niej jasność i piękno, teraz był to tylko brzydki i bardzo stary mężczyzna, w dodatku zupełnie nagi. w pierwszej chwili zrobiło mi się głupio, że "podglądam" nagiego, płaczącego starca i już chciałam odejść gdy nagle ujrzałam, iż ów starzec nieporadnie wstaje i kuśtyka w moją stronę, "uciekaj"- wrzeszczał mój wewnętrzny głos, ale ja stałam jak wryta i tylko patrzałam najpierw na mężczyznę, który zmierzał w moją stronę, potem na mężczyznę, który podaje mi małe zawiniątko, natępnie na mężczynę, który...znika (?!!). nie wiem dlaczego, ale to było okropne, to zniknięcie, ten nagi starzec, Skrzydlata Istota i Jej dziwny, niepojęty uśmiech... "a zawiniątko??"- odezwał się mój wewnętrzny głos, nie wiedziałam co mam z nim zrobić, nie wiedziałam nawet czy mam je rozwinąć, obawiałam się tego co będzie w środku, ale i byłam ciekawa, tym razem posłuchałam wewnętrznego głosu i rozwinęłam zawiniątko, to co zobaczyłam okazało się... piórem, lekkim, delikatnym, jedwabnym w dotyku, anielsko białym, piórkiem. tylko tyle, nic więcej, żadnych wyjaśnień, żadnych rewelacji...poczułam lekkie rozczarowanie, "co mi po piórku??"- zastanawiałam się i w końcu zirytowana położyłam je na dłoni i dmuchnęłam w nie mocno, zerwał się (jak na życzenie) wiatr i pognał piórko w nieznane, "bon voyage"- pomyślałam i nagle poczułam jego miękkość i delikatność, wiatr ustał, a ja znowu stałam z piórkiem w dłoni- jak to możliwe?? a co jeszcze dziwniejsze, przestałam być nim zirytowana, a zaczęłam się zastanawiać nad sensem tego niecodziennego "prezentu", kiedy już, już myślałam, że się domyśliłam i już chciałam je zaczepić o ten rzemyk, piórko rozpłynęło się w powietrzu. "trudno, nie będę rozpaczać z powodu pióra", ale wtem poczułam w samym środku serca lekkie ukłucie i... tyle, nic więcej. -czy coś się zmieniło od tamtego czasu?? możliwe, że teraz cieszyć potrafię się z każdej drobnostki, pióro przypomniało mi o moim marzeniu i poczułam się jeszcze bliżej jego spełnienia. - a Skrzydlata Istota?? wiadomo dlaczego...?? - hm... nie wiem...być może...ale nie, to głupia i zapewne błędna teoria... 
ps.: przeprosinki wielkie, że tak długo nie komentowałam Waszych blogówi nie pisałam (czasu brak).
skomentuj | (5)
a ja wierzę (czyli najbardziej egoistyczna notka na jaką mnie stać)... | aster | 2007-05-27 | 11:53:29 |
szary, smutny, zabiegany świat, pełen nieszczęść i łez, chemiczny świat, pachnący spalinami i oponami "Dębica", pełen paradoksów i twarzy ludzi przepełnionych niechęcią do kolejnego oddechu. ucieczka?? konieczna, ale niemożliwa... ludzie już dawno stracili nadzieję, ludzie już dawno pochowali wiarę w to, że będzie lepiej, serca przepełnione pesymizmem i z nikąd ratunku, patrzą pod nogi żeby się nie potknąć, ale i tak mają oczy zawiązane, więc co parę kroków upadają, żeby znowu się podnieść i iść mozolną, męczącą i trudną ścieżką zwaną "życie"... a ja bym tak chciała choć raz popatrzeć w niebo, choć raz spojrzeć księżycowi w oczy, a gdy przyjdzie świt choć raz wzbić się wysoko ponad wszelkie smutki i żałości, wzbić się ponad rzeczywistość i szczerze się uśmiechnąć. nie myśleć co dalej, nie słyszeć już wołań o pomoc, gonić wiatr i płakać ze szczęścia, być naprawdę szczęśliwym... chciałabym poczuć jak to jest rodzić się i umierać wśród chmur, tańczyć z promieniami słońca, latać jak ptak i nie mieć zmartwień, słyszeć muzykę utkaną z wód, muzykę, którą skomponowało powietrze, którą szumią drzewa i nucą ptaki... hmm...pozostało mi tylko wierzyć, że kiedyś się spełni...marzenie:)) niee...nie chciałabym być tam sama...
 ps.: jak było na Mazurach?? chyba jedyne co z tamtąd zapamiętam, to czysta tafla jeziora, iskry z ogniska i tysiące tysięcy gwiazd, no i oczywiście molo (na którym co wieczór siedziałam, albo leżałam i to było jedyne miejsce, w którym byłam tak blisko marzeń).
skomentuj | (5)
| aster | 2007-05-18 | 17:11:10 |
chwilowo mnie nie będzie, przez, hmm... jakieś 5 dni, jadę na Mazury, więc do tego czasu nie musicie tutaj kukać:)) pozdrawiam serdecznie i... głupio to zabrzmi: dziękuje, że jesteście!! "trzeba byś żył dla innych jeśli chcesz żyć dla siebie"- to powiedział Seneka i nie pytajcie co to ma do rzeczy, po prostu tak sobie to napisałam, tak jakoś mi to po głowie chodzi...i dość często nad sensem tego rozmyślam, napisałabym na ten temat więcej, ale czasu brak. no to papapapa;)
a tutaj kwiatki i też nie wiem co mają do rzeczy...podobają mi się i tyle...
skomentuj | (6)
Czary (czyli o czym pewien chłopak śnił tej nocy)... | aster | 2007-05-15 | 22:59:23 |
-spójrz na niego Felicjo, czyż on nie jest cudowny??- zapytała swoim uroczym głosikiem, Alicja i zachichotała cichutko. -Alicjo, nie mamy czasu, zacznij wreszcie, bo nigdy nie skończymy- poganiała ją siostra. Alicja klasnęła w dłonie i zapadła ciemność, Felicja zapaliła świecę, z nicości pojawiły się kojące dźwięki harfy. -no to zaczynamy- szepnęła Alicja. powoli pocierała jedną dłoń o drugą, cicho wypowiadała słowa zaklęcia, potem rytuał nabierał tempa, a głos Dziewczyny przybierał na sile, na końcu w jej dłoniach pojawiły się cienkie nici pajęczny. uśmiechnęła się z satysfakcją, rozciągnęła delikatnie pajęczyny na stole, przedzieliła na pół, jedną część posypała "cukrem", a drugą "gorczycą", nagle zielony dym buchnął jej prosto w twarz, tak, że aż syknęła z bólu. - co robisz?!!- wrzasnęła na nią Felicja- chcesz go zabić?!! -prze...ekm, ekm...szam, nie umiałam...- jej głos się załamał, zaczęła potwornie kaszleć, a do oczu napłynęły łzy. Felicja stała przy Lustrze i patrzała jak chłopak przewraca się z boku na bok i niebezpiecznie przechyla ku krawędzi łóżka. -Alicjo, zrób coś, on zaraz spadnie!!! -nie mogę, nie mam siły...-wysapała Dziewczyna. -ale ja tego nie zrobię, pamiętasz: "kto zaczął ten skończyć musi..."- Alicja pokiwała głową, sapnęła ciężko, wstała i wzięła się do roboty. miała zamknięte oczy, cała jej moc skupiła się na Czarze (od słowa "czar" a nie "czara"), pomyślała o czymś przyjemnym, uśmiechała się lekko i kołysała delikatnie na boki, z pod jej stóp zaczęły "wypływać" przezroczyste kule, coś na wzór baniek mydlanych, a w każdej kuli zaklęte były marzenia chłopaka i szara rzeczywistość w jakiej się znajdował. Alicja przyglądała się kulom w zamyśleniu i wreszcie wybrała tę, która miała w sobie zaklętą piękną, niebieskooką dziewczynę. pstryknęła palcami i wszystkie kule, prócz wybranej, rozpadły się w kolorowy pył. teraz powoli i ostrożnie dmuchała w kulę i w ten sposób doprowadziła do stołu, sięgnęła po pierwszą połowę pajęczyny i urwała zeń kawałek, owinęła nim dokładnie kulę, następnie urwała trochę większy kawałek z drugiej połowy pajęczyny i także nim owinęła szczelnie kulę. -Felicjo, teraz twoja kolej- szepnęła Alicja. Felicja dmuchnęła w kulę, a ta natychmiast poleciała w stronę Lustra i... znikła. Dziewczyna popatrzała do Lustra i ujrzała chłopaka, który lekko się uśmiechając, spokojnie spał i smacznie pochrapywał. -słodkich snów-szepnęły w tym samym momencie Dziewczyny. -no, na dziś koniec czarów moja droga- powiedziała Felicja, Siostra odpowiedziała jej tylko miłym, rozmarzonym uśmiechem.
ps.: serdeczne pozdrowionka dla mojego Braciszka, który zamiast spać, siedzi przed komputerem i się nudzi;P
skomentuj | (7)
to co Elf chciał Wam powiedzieć, lecz nie zdążył... | aster | 2007-05-11 | 21:34:50 |
znałam pewnego Elfa, który mieszkał na Krzewie Bzu, kiedy była zima Elf chował się do dziupli w Krzewie, a gdy przychodziła Wiosna, a potem pora kwitnienia, Elf bawił się na gałęziach Bzu, wtedy zawsze przychodziłam do Niego i czas mijał nam na miłych pogawędkach. dziś znowu Go odwiedziłam, a właściwie chciałam odwiedzić, ale zamiast Krzewu Bzu znalazłam tylko Jego pień, Elfa nigdzie nie było, znalazłam jednak nieopodal coś w rodzaju listu pożegnalnego, piszę "coś w rodzaju", bo czy elfy piszą listy pożegnalne? "Nie mogłem zostawić Bzu, nie chciałem opuścić Przyjaciela... nie zobaczymy się już, żegnaj..."- przeczytałam, a do oczu natychmiast cisły mi się łzy, oczywiście znam wiele Elfów, ale ten był wyjątkowy, ponieważ nie bał się mnie i nie uciekał przede mną jak zwykły to czynić wszystkie pozostałe, utworzyła się między nami nawet jakaś więź, coś na wzór Przyjaźni, tylko czy Przyjaźń pomiędzy Elfem, a człowiekiem jest możliwa...? "człowiek jest dzieckiem Matki Natury, nie rozumiem dlaczego wy, ludzie, myślicie, że jest na odwrót. Dlaczego chcecie zapanować nad Nią i Ją zmieniać skoro widzicie, że zawsze, prędzej czy później, obraca się to przeciwko wam?? o ludzie, wy istoty niepojęte, jak wam nie wstyd gładzić własną Matkę?!!"- takie mądre słowa płynęły z ust mego Przyjaciela Elfa i ja teraz przekazuje je Wam, a Wy czyńcie z nimi co chcecie... Kto wie, może mój Elf mieszka teraz wśród Konwalii...
skomentuj | (7)
beztroskie życie motyla... | aster | 2007-05-07 | 20:33:01 |
nie robię nic aby było lepiej i nie robię nic aby było gorzej, po prostu jestem i żyję po swojemu. mianowicie: czytam książki, piszę wiersze, patrzę w niebo, liczę chmury, podziwiam ptaki, rysuję kwiaty, zapalam świeczki i wpadam w zadumę, patrzę do lustra zastanawiając się jak do niego wejść, moje myśli błądzą po krainie wyobraźni, do której tylko ja mam dostęp, bo to moja wyobraźnia. zamykam oczy i widzę Go jakby przez mgłę (czyt.: w mojej głowie pozbawiam Go wad), staję na krawędzi dachu i czuję jak frunę, dostaję skrzydeł, jestem wtedy taka lekka i szczęśliwa, biegam po lesie o świcie i widzę jak wszystko budzi się do życia witając nowy dzień. a gdy nastaje noc i pierwsza gwiazda pojawia się na niebie, czar pryska i moje obowiązki ukazują się w świetle księżyca, zostaję sam na sam z wyrzutami sumienia, że kolejny dzień zmarnowałam...
skomentuj | (7)
zawisnąć 2 metry nad ziemią i umrzeć... | aster | 2007-05-05 | 22:51:51 |
-o niczym innym nie marzyła, po prostu chciała żeby to wszystko się skończyło, żeby nikt więcej nie mógł wejść w Jej życie wnosząc ze sobą kolejne rozczarowanie. miała dość, nie mogła znieść kłamstw, które Ją otaczały, nie umiała sobie poradzić w tym okrutnym świecie, czuła jak to wszystko Ją przerasta, czuła się tak jakby ktoś zdeptał Ją i porzucił- bezużyteczną maskotkę. była taka delikatna, śliczna, smutna i samotna. świat ją zniszczył, narodziła się ze skrzydłami, ale gdy oni je zobaczyli, wyrwali Jej je, narodziła się z radością w oczach, ale odebrali i ją. nikt Jej nie rozumiał, wszyscy chcieli aby była taka jak oni- nie potrafiła, nie umiała, nie chciała... zniszczyli w Niej nadzieję, miłość, zabrali wolność, śmiali się z Niej, poniżali, nie widząc, że umiera, nie widząc cierpienia, nie wiedząc, że za chwilę odejdzie... "świat jest szary i smutny, dlaczego??"- zapytała kiedyś, ale jak zwykle nikt nie usłyszał pytania. widziałam jak niknie, jak z dnia na dzień blednie i marnieje- widziałam jak umiera. nic nie zrobiłam, nic nie powiedziałam- patrzałam tylko. teraz gdy Jej nie ma, nie umiem sobie wybaczyć, że Jej nie obroniłam, że nie powstrzymałam tych idiotów, którzy Ją skrzywdzili... nie przyszłam na pogrzeb- nie chciałam. płaczę teraz co noc, a Ona przychodzi do mnie czasem i pociesza chciaż nie zasłużyłam, a gdy odchodzi zadaje pytanie: "dlaczego ten świat jest taki szary i smutny??"- ale ja wtedy już śpię. ps.: wykasowałam notki, które mnie w jakiś sposób zdradzały... sami rozumiecie, powodów się zapewne domyślacie...
skomentuj | (7)
wybudzenie ze snu zimowego... | aster | 2007-05-01 | 00:41:53 |
no teraz się dopiero obudziłam (jestem okropnym śpiochem), ziewnęłam sobie przeciągle, przeciągnęłam się i poszłam zobaczyć co się święci... dookoła było taaak pięknie, cudownie i... zielono. po tak długim czasie nareszcie i w moim sercu wiosna zagościła, nie przyczyniło się do tego nic konkretnego, prócz tych kilku białych chmurek na niebie i zielonych listków młodych brzózek. czy to nie dziwne, że Wiosna tak może wpłynąć na nasze samopoczucie? no i nie tylko, bo mam też dzięki Niej więcej nadziei niż kiedykolwiek, mogłabym nią się podzielić z całym światem i jeszcze by starczyło dla mnie, nie przyczyniło się do tego nic konkretnego, prócz tego rześkiego powietrza i kilku ptasich piosenek. umiem też jasno (albo jaśniej?) myśleć, teraz niemożliwe staje się możliwe, czy to jest logiczne stwierdzenie? moje poczucie humoru i sarkastyczne uwagi powracają do normy, już tak nie "syczę" na wszystko i wszystkich, chyba nawet staję się milsza. może docenię w końcu ciężką pracę innych ludzi i kto wie, może nawet Im pomogę... kłótnie odejdą sobie na jakiś czas i zapanuje pokój i harmonia. kto wie, może nawet poczuję się wolna i kto wie, może nawet przestanie mi być smutno (stanowczo jest we mnie smutku za dużo), kto wie, może zacznę być lekkoduchem, nie będę tęsknić, nie będę się niczym przejmować i będę szczęśliwa. wszystko to zawdzięczam zakwitłym kwiatom i kolorowym motylom. od dziś zaczynam kochać życie, przyjmować go takim jakim jest i nie patrzeć na to, że nie ma w nim żadnego sensu (jak się tak dłużej zastanowić to nie ma). chyba zacznę się szczerze uśmiechać, szerzej niż kiedykoliwiek i nigdy już nie zapłaczę, życie jest za krótkie żeby marnować je na łzy. zacznę nawet widzieć też i dobre strony, przestanę dostrzegać te złe... chyba znowu zacznę wierzyć w Boga, pomyślę znowu, że istnieję, pomyślę znowu, że dzięki Niemu się obudziłam... może... pomyśleć, że wszystko to zawdzięczam promieniom słońca, które mnie tego poranka obudziły i wyryły na mej duszy: "Carpe diem!!". zastanawia mnie jednak czy dalej nie śnię, niech mnie ktoś uszczypnie!! hę?? czemu tu nikogo nie ma??
skomentuj | (7)
aria Mozarta i czekoladowe ciasteczka.... | aster | 2007-04-26 | 19:09:01 |
i z jednym i z drugim przesadzam, siedzę w pokoju i słucham "Czarodziejskiego fletu"- wszystkie tamtejsze arie są cudne, przegryzam jedno ciasteczko za drugim i opróżniam pokoleji 18 opakowań (po 20 szt. w jednej paczce)- ciekawe ile to ma kalorii... znacie ten stan?? nie chce Wam się absolutnie nic prócz czekoladowych ciasteczek?? a żeby było jeszcze gorzej to nagle moje oczy stają się źródłem dwóch słonych strumyczków, które bezwładnie płyną po moich policzkach... Boże jak mi smutno!! powód?? no zgadnijcie, z jakiego powodu może być smutna 15latka!! no... brawo!! tak jest!! w dziesiątkę!! zalałam książkę z biblioteki gorącym "kakałkiem"!! gdzie ja mam rozum?? wyparował razem z "kakałkiem"?? jak ja mogłam?? nowiusia, dziewicza książka, czysta jak łza, niczym nie skalana... "wrota Ptolemeusza" (tak przy okazji to to jest piękna książka i jeżeli ktoś lubi fantasty to serdecznie polecam pierwszą i drugą część: "Amulet z Samarakandy" i "Oko golema"). ps.: szczerze mówiąc (pisząc) to ta notka miała być o czymś zupełnie innym, ale jak zwykle nie wyszło ps2.: hmm... i taka rada na przyszłość, która dotyczy też poprzednich notek, czytając między wierszami możecie dowiedzieć się jeszcze więcej ps3.: czasem blogowe obrazki mówią więcjej niż słowa;) skomentuj | (2)
czekam... | aster | 2007-04-22 | 17:13:45 |
masz spuszczoną głowę, siedzisz w kącie i spoglądasz na mnie swoimi przesmutnymi oczami, rozczarowanego dziecka, a ja, choć nie chcę, siadam obok Ciebie i w ciszy mijają nam kolejne minuty. w końcu podnoszę na Ciebie wzrok i pytam dlaczego tak siedzimy, spoglądasz na mnie i odpowiadasz, swym smutnym głosem, rozczarowanego dziecka, że czekamy, próbuję zapytać na co czekamy, ale Ty nagle wstajesz i odchodzisz trzaskając drzwiami. wyglądam przez okno, widzę Ciebie, jak biegniesz,jakbyś przed czymś uciekał... patrzałam na Ciebie, swymi przesmutnymi oczyma, dopuki nie znikłeś mi z oczu". -teraz kiedy wspominam tamtą chwilę, zastanawiam się dlaczego nie pobiegłam za Tobą, dlaczego nie krzyknęłam żebyś zaczekał, być może teraz byłabym tam razem z Tobą, być może Ty byłbyś teraz tutaj razem ze mną... zastanawiam się dlaczego pobiegłeś, dlaczego nie zaczekałeś, dlaczego mnie opuściłeś i dlaczego ja Cię zostawiłam, zastanawiam się gdzie teraz jesteś, czy żyjesz, czy umarłeś, zastanawiam się na co czekaliśmy... na szczęście, rozstanie, śmierć?? na to aż nam moja Mama zupę przyniesie, czy na koniec wiosny?? czekałeś na mój uśmiech, czy ja czekałam na Twoje słowa?? minęło tyle czasu, z trudem odnajduję Twoją twarz, w końcu w mojej głowie jest tyle innych twarzy... ach i prawie bym zapomniała, że na koniec chcę Ci powiedzieć, że tęskniłam kiedy odchodziłeś, ale kiedy znikłeś nie uroniłam żadnej łzy, nie byłam smutna, nie zaintrygowałeś mnie swoją ucieczką, nie byłam ciekawa dokąd się wybierasz, nie czułam pustki, nie nie spałam po nocach, nie było mi żal naszego rozstania... jedyne czego żałowałam, to tego, że nie powiedziałeś na co czekamy, gdyby nie to, pewnie bym o Tobie zapomniała... Więc na co czekamy? Czekaliśmy? Będziemy czekać?
skomentuj | (7)
ostatnie tchnienie... | aster | 2007-04-22 | 01:11:01 |
"mówią, Ci, że to nic poważnego, że wyjdziesz z tego nim się obejrzysz, patrzą na Ciebie blade, poważne twarze doktorów, mówią, że wszystko będzie dobrze, mówią, że to nic poważnego, mówią, że jeszcze tylko kilka dni i wyzdrowiejesz... nikt nie pyta czy chcesz wyzdrowieć, nikt nie pyta czy chcesz żeby wszystko było dobrze, nikt nawet nie wspomina o śmierci... leżysz w bezruchu sztywna i blada, czekająca na początek końca..."- któż z nas tego nie przeżył?  skomentuj | (1)
na skrzydłach wyobraźni... | aster | 2007-04-20 | 19:57:31 |
Obrazy w mojej głowie tłoczą się i gubią, jeden wpada na drugi, chaos, zamieszanie. Zamykam oczy i nie ma mnie, nie istnieję. Jest tylko gorąca, żarząca się ciepło i jasno żarówka, długopis, z cienkim wkładem i papier, mnósto zapisanego, zabazgranego na tysiąc sposobów, papieru... i słowa
muchomory, koty, mandarynki, łódki, śmiechy, łzy, kaczki i liście, domy, pola, lasy, morwy i wszystko :)
skomentuj | (1)
|